Dzień 2.

Budzik o godzinie 7 rano i promienie słońca wpadające do namiotu – czego chcieć więcej 🙂

Poranek na stacji

Poranek na stacji

Szybko złożyliśmy namiot oraz zrobiliśmy śniadanie:

Najlepsze śniadanie w podróży

Najlepsze śniadanie w podróży

I w przeciągu godziny złapaliśmy samochód. Na pytanie:

– „Do you speak english?” – usłyszeliśmy odpowiedź:

– „No”.

Po czym kierowca wraz z pasażerem szeroko się uśmiechnęli. Nie dość, że kierowca pochodził z Kosova i mówił biegle po angielsku, to jeszcze jego pasażer był Amerykaninem 🙂 Zaciekawieni ideą wyścigu postanowili nas zabrać ze sobą na najbliższe 200 kilometrów. A jechaliśmy tym samochodem:

P1280602

Podczas wspólnej jazdy dowiedzieliśmy się co nieco o sytuacji politycznej Kosova oraz o podróżowaniu po USA. Jeśli chodzi o to pierwsze: jeśli chce się wjechać od strony Kosova do Serbii, to nie da się wjechać do niej posiadając już pieczątkę wjazdową z granicy Macedonia – Kosovo. I tyle. Jeśli chodzi o to drugie, to autostop za oceanem jest bardzo popularny. Nawet wspomniany wyżej Amerykanin podróżował kiedyś w ten sposób.

Będąc na granicy musieliśmy zmienić tablice rejestracyjne w samochodzie. Było to dla nas o tyle dziwne, jak całkowicie legalne, gdyż Serbia nie uznaje Kosova jako państwa, co mogło się wiązać z brakiem zgody na przepuszczenie nas przez granicę. Wszystko poszło jednak jak po maśle, i po 15 minutach postoju na granicy byliśmy już w Serbii. Na dzień dobry padło zdanie z ust kierowcy: „Welcome to Balkans my friends!” Po chwili już wiedzieliśmy, dlaczego „Welcome…”:

Serbskie autostrady

Puste po horyzont drogi oraz żar lejący się z nieba – dlatego 😉

Dojechaliśmy wspólnie za Novi Sad, gdzie musieliśmy wysiąść aby ustąpić miejsca wcześniej umówionym pasażerom. Podziękowaliśmy za podwózkę oraz przystąpiliśmy od razu do łapania następnego stopa. Tym razem na autostradzie. Serbia to dobry kraj jeśli chodzi o autostop. Przejeżdżająca obok policja tylko pokiwa ręką i jedzie dalej 🙂 A my bawiliśmy się w najlepsze. Muzyka z telefonu, dobre humory:

Tak się łapie stopa w Serbii :-)

Tak się łapie stopa w Serbii 🙂

I po 10 minutach siedzieliśmy już w kabinie ciężarówki:

Polak Węgier dwa bratanki :-)

Polak Węgier dwa bratanki 🙂

Kierowca, który nas zabrał okazał się sympatycznym gościem, który doskonale wiedział, czego nam potrzeba – piwa. I też je dostaliśmy. Idealnie nas schłodziło w ten upalny dzień. Podczas jazdy widzieliśmy takie widoki:

Autostrady w Serbii służą za chodnik

Autostrady w Serbii służą za chodnik

Barany pasą się bez płotu ochronnego

Barany pasą się bez płotu ochronnego

Oraz piękne i okazałe mosty :-)

Oraz piękne i okazałe mosty 🙂

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc musieliśmy wysiąść z klimatyzowanej i wygodnej kabiny, ponieważ dalej z kierowcą było nam nie pod drodze. Wysiedliśmy na obwodnicy Belgradu, gdzie słońce dało o sobie znać. Przez 2 godziny usilnie próbowaliśmy złapać stopa – niestety bezskutecznie. Szliśmy tą drogą:

P1280640

Aż doszliśmy do rozjazdu na Chorwację. Od niechcenia wyciągnąłem karton w stronę jedynego przejeżdżającego obok samochodu, i jakie było nasze zdziwienie gdy usłyszeliśmy pisk opon 🙂 Zatrzymanie się na środku rozjazdu po to, aby specjalnie zabrać nas z drogi nie stanowiło dla kierowcy najmniejszego problemu. Kierowca ten podwozi autostopowiczów, ponieważ sam w wolnych chwilach podróżuje autostopem. A na co dzień jeździ ciężarówką po Europie. I teraz jechał odebrać ciężarówkę przy okazji podwożąc nas na wylotówkę z Belgradu 🙂

Ustawiliśmy się przy wjeździe na autostradę zaraz obok bazy tureckich firm spedycyjnych. Mając już doświadczenie z narodami tureckimi i pokrewnymi z dnia wczorajszego, postanowiliśmy pytać wyjeżdżających z parkingu kierowców o podwózkę. Po 5 minutach zatrzymuje się kierowca, który mówi, że jedzie tylko do następnej stacji i tam śpi:

– „To zabierz nas tam na tą stację”

– „No ok, wsiadajcie” – powiedział po niemiecku.

Przejeżdżając obok stacji nawet nie zwolnił, tylko zapytał:

– „Jedziecie do Nis?”

– „Tak”

– „To jedziecie ze mną” 🙂

I tak jechaliśmy z nim 200 kilometrów, podczas których gawędziliśmy na różne tematy. Zostaliśmy wysadzeni na stacji przed zjazdem na Turcję:

Turcy zawsze spoko ;-)

Tureccy kierowcy zawsze spoko 😉

I tutaj kolejny raz zostaliśmy wystawieni na próbę czasu, a raczej na próbę cierpliwości. Utknęliśmy w tym miejscu na 4 godziny. Po godzinie dojechała pierwsza spotkana para na stacji benzynowej podczas całej drogi:

P1280645

Wspólnie łapaliśmy stopa

Wspólnie łapaliśmy stopa

Dziewczyny były wg nas trochę nie ogarnięte (w pozytywnym sensie) 😉 Otóż zapomniały zabrać aparatu fotograficznego z samochodu albo poprzedniej stacji benzynowej – tego już nie pamiętały 😉 Ale za to złapały stopa w 15 minut. A ja z Mateuszem łapaliśmy dalej, aż słońce zdążyło zajść:

Słońce żegna nas w Serbii

Słońce żegna nas w Serbii

W międzyczasie obok nas przejeżdżał konwój 5 polskich ciężarówek, jednak na widok flag zaczęli tylko trąbić i mrugać światłami. Na dodatek Agata napisała mi SMSa, że już dojechała na miejsce i ma dla nas niespodziankę. W tym momencie nasza chęć na złapanie kogokolwiek jadącego za zjazd na Turcję momentalnie wzrosła. Machaliśmy flagami oraz czymkolwiek się dało, jednak dopiero po 2 godzinach zatrzymał się kierowca ciężarówki, który zgodził się nas podwieźć jedynie 30 kilometrów. Ale za to jakie 30 kilometrów. Zostaliśmy wysadzeni na bramkach autostradowych, skąd złapaliśmy kolejną ciężarówkę jadącą na granicę Serbia – Macedonia. Po drodze zostaliśmy poczęstowani owocami i napojami, po czym ze zmęczenia padłem na łóżko kierowcy od razu. Jedynie Mateusz podtrzymywał rozmowę z bardzo sympatycznym kierowcą. Po 2 godzinach docieramy do granicy, którą pomimo braku przejścia dla pieszych musieliśmy przejść na piechotę:

IMAG0227

Odprawa serbska poszła łatwo. Na odprawie macedońskiej celnik postanowił sobie z nas zażartować. Widząc nasze polskie paszporty powiedział:

– „Polacy? Nie wejdziecie, wracać do Serbii.”

Nie było nam do śmiechu zwłaszcza w takim stanie zmęczenia. Po chwili udręki celnik powiedział nam:

– „Spokojnie, ja tylko żartuję”, po czym puścił nas wolno na teren Macedonii 🙂 Swoją drogą dobre żarty.

Macedonia wita :-)

Macedonia wita 🙂

Ruch na autostradzie był dosłownie zerowy. Przejeżdżający 1 na 10 minut samochód nie dawał cienia szansy na przemieszczenie się w kierunku południa. Poszliśmy więc do składu celnego, gdzie na odprawę czekało może z 20 ciężarówek. Nikt nie chciał nas zabrać. W zamian za to na pocieszenie dostaliśmy od naszego kierowcy po czekoladzie, po czym musieliśmy się z nim pożegnać, ponieważ nasze kierunki dalej się nie pokrywały. Próbowaliśmy łapać jeszcze przez chwilę wyjeżdżające w dalszą drogę ciężarówki, jednak na nic się to zdało. Od celu dzieliło nas jedynie 260 kilometrów. Piszę do Agaty SMSa – „Spodziewajcie się nas rano”, po czym nastawiam budzik na 5.30 i kładziemy się spać 🙂 Jedynie 3 godziny snu, bo wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko celu.

Dzień 1.                                                                                                            Dzień 3.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s