Dzień 1.

Dzień ten zaczął się bardzo ciekawie. Budzik w telefonie nastawiony na 7.00 oznaczał jedno – za półtora godziny ruszamy w drogę. Mimo wszystko ciężko było wyjść nam z łóżek po wczorajszej imprezie, na której poznaliśmy 4 osoby biorące udział w wyścigu. Dwójka z nich nocowała u mnie na Couch Surfingu:

P1280522

Karol i Olga

Swoją wycieczkę rozpoczęli dzień wcześniej od złapania Matiza w Warszawie, który zawiózł ich do centrum Gliwic 😉

Szybkie ogarnięcie bałaganu panującego w pokoju, prysznic, śniadanie, i udaliśmy się na start. Tam, podobnie jak rok temu przed wyścigiem do Chorwacji, masa zapalonych i gotowych do drogi autostopowiczów. Duża ich część brała udział w rajdzie po raz pierwszy. My na szczęście mieliśmy to za sobą 🙂 Od organizatorów odebraliśmy pakiety startowe w postaci zupki chińskiej, pomarańczowej koszulki oraz identyfikatorów, które okazały się być przydatne w dalszej części drogi. Na starcie zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę:

P1280531

Po czym ruszyliśmy w drogę. Wraz z Agatą i Kingą po godzinie od startu dotarliśmy pod mój dom, w którym jeszcze coś zjedliśmy oraz wypiliśmy kawę. Na pierwszą stację benzynową zawiózł nas mój brat Tomek. Od teraz jechaliśmy sami 🙂

Mateusz. Kinga, Agata i Rafał - czyli ja ;-)

Mateusz. Kinga, Agata i Rafał – czyli ja 😉

W drodze na stację mijaliśmy kilka par autostopowiczów. Gdy już na nią dotarliśmy, byliśmy zadowoleni z trzech powodów:

1) Zdąrzyliśmy przed całą falą autostopowiczów

2) Jest dużo samochodów

3) Złapaliśmy stopa w 5 minut 🙂

Z wymienionym wyżej stopem przejechaliśmy 150 kilometrów do czeskiego Brna. Od razu złapaliśmy wspólny temat – muzyka i ukulele. Chłopcy jadący na majówkę do Chorwacji wysadzili nas na stacji, z której na początku kwietnia próbowałem się dostać do Bratysławy.

Pierwszy stop :-)

Pierwszy stop 🙂

Nie chcieliśmy czekać w nieskończoność na kogoś jadącego do stolicy Słowacji, więc postanowiliśmy ponownie przejść polami, którymi szedłem niedawno.

P1280551

Prawie jak u siebie na ogródku 😉

Okazało się, że postąpiliśmy bardzo dobrze. Na tą stację zjechało się później ponoć 30 par autostopowiczów. I tak doszliśmy na wylotówkę z Brna, na której już ktoś łapał stopa. Tym kimś okazała się koleżanka i kolega z akademika:

P1280556

Nie chcąc być chamskim w zabieraniu czyjegoś miejsca, udaliśmy się na pobliską stację benzynową, na której postanowiliśmy odczekać na swoją kolej do łapania okazji. Z braku możliwości ruszenia się z miejsca, zacząłem grać na ukulele, a Mateusz zaczął śpiewać. I tak podjechał na stację kierowca, który wyraźnie się do nas uśmiechał oraz zadał pytanie:

– Dokąd jedziecie?

– Do Bratysławy.

– Wskakujcie 🙂

I tak kierowca złapał nas, a nie my jego 🙂 Zupełnie przez przypadek. Było widać jak para na zdjęciu wyżej patrzy na nas ze zdziwieniem i wrogim spojrzeniem, ale to czysty przypadek że nam się udało. A z daleka widzieliśmy już trzecią parę zmierzającą na to miejsce. Ze wspomnianym kierowcą przejechaliśmy na granicę Czechy – Słowacja.

Będąc na granicy podeszła do nas kobieta, która chciała z nami porozmawiać o autostopie, gdyż w młodości także nim jeździła. Nieźle się ucieszyła, gdy z języka angielskiego przeszliśmy na polski. Była Polką 😉 Chwilę pogadaliśmy, po czym złapaliśmy młodego mężczyznę jadącego do Bratysławy. Z jego opowiadań wysnuliśmy wniosek, że to także zapalony podróżnik. I mieliśmy rację. Wraz z żoną i dzieckiem przejechał całą Nową Zelandię, a teraz pomaga autostopowiczom zabierając ich z drogi. A nam pomógł dodatkowo zawożąc nas kawałek za Bratysławę 🙂

Dzięki! :-)

Dzięki! 🙂

Na stacji, na której zostaliśmy wysadzeni, czekała już para dziewczyn z naszego wyścigu. Nie były skłonne do rozmowy, więc poszliśmy kawałek dalej. Próbowaliśmy zagadywać polskie wycieczki z kółek różańcowych jadących do Medjugorie, jednak na nic się to zdało. Nawet silna wola księży jadących autokarami była niczym przy sile woli kierowców. Życzyliśmy im tylko dobrej wycieczki. Wracając na miejsce zauważyliśmy, że dziewczyny złapały stopa do Budapesztu. A my chwilę później do Szegedu. „Taka karma. Zrób coś dobrego, a będziesz miał jeszcze lepiej” 🙂

Mateusz i samochód, którym jechał

Mateusz i samochód, którym jechał

Mój kierowca - bardzo wyluzowany

Mój kierowca – bardzo wyluzowany

Jedziemy w stronę Szeged

Jedziemy w stronę Szeged

Naszymi kierowcami byli Syryjczycy wracający na 3 auta z Niemiec do domu. Ich cała droga w 1 stronę wynosiła niecałe 4000 km. My przejechaliśmy z nimi 1/10 tego dystansu. Sprawdziły się także opowieści innych podróżników o gościnności ludności z tamtejszych rejonów. W samochodzie miałem się czuć jak u siebie. I tak się czułem. Dostałem pizzę, pomidory, coca colę oraz jakieś regionalne syryjskie przysmaki. Nie pamiętam nazwy, ale były na prawdę dobre. Podczas całej drogi ani razu nie zapadła cisza w samochodzie, ponieważ całą drogę przegadaliśmy. Odnośnie bezpieczeństwa jazdy z Syryjczykami, to bywało różnie. Jechali cały czas ponad limit, środkiem drogi, wyprzedzając na milimetry, opierając się jedynie na nawigacji. Szczęście że nic nie stało się im oraz nam. Odnieśliśmy wrażenie, że znamy ich drogę lepiej niż oni sami. I po 3 godzinach wspólnej jazdy dotarliśmy na stację aby zatankować samochody. Po zatankowaniu kierowca, z którym jechał Mateusz postanowił odpocząć i zaparkował samochód kawałek dalej. I jak już odpoczęliśmy, to nie dało się samochodu odpalić:

Auto kaput, nicht fahren mehr - to od nich usłyszeliśmy.

Auto kaput, nicht fahren mehr – to od nich usłyszeliśmy.

Nasi kierowcy zamienili się w tym momencie w mechaników, jednak to na nic się zdało. Po 2 godzinach męczenia się z silnikiem zadzwonili po assistance. A my w tym momencie delektowaliśmy się widokiem zachodzącego słońca:

P1280592

Wtedy też popełniliśmy błąd. Mogliśmy zabrać nasze plecaki z samochodów i próbować dostać się tego dnia wgłąb Serbii (bo godzina była jeszcze wczesna), jednak woleliśmy poczekać aż usterkę usunie mechanik z assistance. I tak zostaliśmy z nimi do godziny 23, kiedy to samochód musiała zabrać laweta, a wraz z nią pojechali nasi życzliwi i uprzejmi kierowcy. Próbowaliśmy jeszcze łapać cokolwiek, jednak ruch o tej porze na stacji był już mały. Przez ten czas poznaliśmy gościa z obsługi stacji, który także nam pomagał. Niestety, mimo wspólnych prób nie udało się nam wydostać ze stacji. Wypiliśmy po piwie:

Zdrowie! :-)

Zdrowie! 🙂

Po czym rozbiliśmy namiot ze świadomością, że przejechaliśmy tego dnia ponad 700 kilometrów. To bardzo dobry wynik jak na parę męsko – męską. A od dziewczyn dostaliśmy SMSa, że jadą już przez Serbię 😉

Skąd pomysł?                                                                                                       Dzień 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s