Niemcy, Berlin

Pomysł tej wycieczki zrodził się późnym wieczorem przedostatniego dnia 2012 roku, kiedy to leżąc już wygodnie w łóżku pomyślałem sobie:

– „Fajnie byłoby rozpocząć nowy rok od autostopu. Gdziekolwiek. Bez mapy, noclegu, pieniędzy.”

Następnego dnia rano obudził mnie dzwonek w telefonie. Wiedziałem, że tego dnia czeka mnie i innych największa impreza roku – sylwester.

– „Pewnie nikt nie będzie chciał ze mną pojechać. Trudno, dam radę samemu.”

Coś mnie jednak pokusiło, aby przejrzeć kontakty w telefonie, więc zacząłem przewijać ekran w dół, aż natrafiłem na koleżankę, z którą chodzę na zajęcia z języka hiszpańskiego. Postanowiłem napisać do Pauli – bo tak się nazywa – smsa, w którym zapytałem, czy miałaby ochotę pojechać jutro do Berlina. Z początku byłem przekonany, że dostanę odpowiedź typu: „Człowieku, nowy rok. Pogięło Cię?” itd. Jakże byłem miło zaskoczony otwierając telefon, na wyświetlaczu którego zobaczyłem 2 literki: „OK” 😉

Zebrałem się w końcu z łóżka, zjadłem śniadanie, i z pomocą kolegi dostałem się pod bramki na autostradzie. Z pod nich złapałem 2 samochody do Wrocławia, w którym świętowałem do wczesnych godzin porannych razem z Mateuszem oraz wieloma innymi osobami nowy rok.

Z Paulą umówiłem się o 11.30 na Bielanach. Perspektywa „prawie” nie przespanej nocy budziła we mnie obawy, czy dam radę fizycznie wytrzymać kolejną podróż. Wrocław rano okazał się miastem duchów. Na ulicach nie było nikogo, miasto nie przypominało tego z dnia wczorajszego, gdzie ruch tętnił życiem. Po 2 godzinach jazdy autobusem docieram do miejsca, w którym umówiłem się z Paulą.

Nie posiadaliśmy jednej rzeczy – kartonu, na którym moglibyśmy coś napisać. Z pomocą przyszedł nam pan z obsługi stacji, który dał nam jego kawałek, który wczoraj ktoś wyrzucił do kosza. Okazało się że tym kimś byłem ja 😉 Napisaliśmy szybko „BERLIN”, po czym zaczęliśmy łapać samochody:

Najpierw łapała Paula

Najpierw łapała Paula

Później łapałem ja. W końcu wyszło na to, że zabrał nas młody chłopak, którego zapytaliśmy na stacji o podwózkę. Na zewnątrz było bardzo zimno, więc tym bardziej cieszyliśmy się, że siedzimy w ciepłym samochodzie. Przejechaliśmy z nim niedużo, zaledwie 20 kilometrów, ale tyle wystarczyło, żeby po 3 minutach spędzonych na następnej stacji benzynowej złapać kolejny samochód:

DSCN1951

Naszym kierowcą był starszy mężczyzna, wracający z Wrocławia do Bogatyni. Przejechaliśmy z nim ponad 100 km, robiąc po drodze zdjęcia:

DSCN1955

A4

A4

Ja & Paula

Ja & Paula

Po ponad 45 minutowej jeździe zdecydowaliśmy się wysiąść z samochodu, ponieważ nasz kierowca nie jechał już dalej w naszym kierunku. Wysadził nas na rozjeździe autostradowym, skąd ruszyliśmy piechotą przed siebie w poszukiwaniu najbliższej stacji benzynowej, po drodze próbując łapać pędzące samochody. :

DSCN1962

Już niedaleko

Już niedaleko

Po godzinie szybkiego marszu, znaleźliśmy się na małej stacji. Nic nie wskazywało na to, że ktoś się tutaj zatrzyma, ponieważ nie należała ona do żadnego znanego koncernu naftowego. Przejeżdżające obok samochody nawet nie zwalniały widząc znak stacji. Szczęście jednak chciało, że w jednym samochodzie kończyło się paliwo, więc kierowca zmuszony był tutaj zatankować. Na pytanie o możliwość podwózki, pokiwał twierdząco głową. Jego samochód był załadowany po dach, jednak po drobnym „przeorganizowaniu” miejsca mieliśmy gdzie siedzieć. Sama ciasnota panująca w środku nie była dla nas problemem, jednak nasz kierowca – Benek – co chwilę dopytywał się o komfort podróży. To miłe.

Dowiedzieliśmy się, że może nas podrzucić na obwodnicę Berlina, ponieważ dalej jechał na zachód. Ucieszeni tym faktem, zaczęliśmy rozmawiać z nim na różne tematy, dostając przy okazji pyszne ciasto, które upiekł jego brat. Już po chwili jazdy znaleźliśmy się na terytorium Niemiec:

Stare przejście graniczne

Pozostałości po przejściu granicznym, gdy nie było jeszcze strefy Schengen

Niemcy

Niemcy

Około godziny 16.30 dotarliśmy pod Berlin, gdzie na stacji benzynowej musieliśmy się pożegnać z kierowcą. Poprosiliśmy jednego Niemca, aby zrobił nam zdjęcie…

Tak to jest jeśli dajesz komuś aparat, aby zrobił zdjęcie...

Tak to jest jeśli dajesz komuś aparat, aby zrobił zdjęcie… Wszystko ciemne, rozmazane.

Byliśmy niedaleko centrum, około 30 kilometrów. Sam dystans nie jest niczym szczególnym, jednak znalezienie kogoś, kto jechałby w kierunku miasta graniczyło z cudem.

Odtąd musieliśmy posługiwać się językiem niemieckim, jednak to nie pomogło. Niemieccy kierowcy reagowali na nas tak, jakby nas nie widzieli, albo jechali dalej, na zachód. Przyjechało również kilka samochodów z Polski, jednak nie mogliśmy się z nimi zabrać z powodu braku miejsca.

Zdecydowaliśmy się poprosić jednego z kierowców o mapę, abyśmy mogli zobaczyć drogi, którymi mogliśmy się dostać do centrum. Wynikało z niej, że dróg takich jest kilka, w tym autostrada „wlatująca” od strony zachodniej, przed którą znajduje się większa stacja benzynowa. Po godzinie spędzonej na poszukiwaniach udało nam się znaleźć dwóch Polaków, którzy zgodzili się nas podwieźć na wspomnianą wcześniej stację. Jazda przy dźwiękach Prodigy i zapach palonej przez kierowców marihuany pozostanie na długo w pamięci 😉

Na następnej stacji nie musieliśmy długo czekać. Jedynym problemem było przedostanie się na drugą stronę autostrady; spotkani holenderscy autostopowicze doradzali przejście sposobem „froggy”, który polegał na ucieczce przed samochodami niczym malutka żabka w popularnej grze komputerowej 😉 Kilkaset metrów dalej znajdował się tunel pod autostradą, z którego skorzystaliśmy i w ten oto sposób byliśmy już na wspomnianej stacji.

Następną osobą skorą do pomocy była Polka, wracająca z synem i psem do kraju. Aby pojechać dalej, musiała zatankować samochód, jednak zachodnie stacje benzynowe mają to do siebie, że gaz należy zatankować samemu. Nie mogąc poradzić sobie z dystrybutorem, poprosiła mnie abym zaszedł do obsługi i w języku niemieckim poprosił o pomoc, ponieważ sama nie potrafiła rozmawiać w tym języku.

Po 10 minutach upchnęliśmy się w sportowym Audi TT i ruszyliśmy przed siebie. Dodatkowo zapytaliśmy o możliwość wysadzenia nas bliżej centrum, ponieważ nie chcieliśmy tracić więcej czasu na oglądaniu obwodnicy Berlina. Zgodziła się, po czym wysadziła nas w małym miasteczku, gdzie przejeżdżające samochody były rzadkością.

Nie mając lepszego pomysłu co dalej robić, poszliśmy na pobliską stację zapytać o drogę do centrum, ewentualnie na stację na autostradzie:

– „Do centrum jest 25 km, a na autostradą pieszo chodzić nie można” – powtarzała do nas starsza pani z uporem maniaka.

– Usłyszała odpowiedź: „Dla nas nie ma rzeczy niemożliwych”, po czym udaliśmy się ciemną drogą przed siebie.

Po przejściu kilometra, znaleźliśmy przejście przez łąkę prowadzące na parking obok stacji. Nie było tam żadnych samochodów; pan z obsługi stacji doradził nam, abyśmy pojechali S-Bahnem. Jest to rodzaj pociągu kursującego co 15 minut, przypominającego nasze koleje śląskie.

Nie pozostało nam nic innego jak wrócić na ciemną drogę i iść przed siebie, aż doszliśmy do „cywilizacji”. Spotkani na przystanku starsi ludzie głowili się i troili, aby wytłumaczyć nam drogę do centrum, jednak na słowa: „Brama Brandenburska” wiedzieli już w które pociągi/autobusy mamy wsiąść.

Odjechaliśmy autobusem z przystanku, na którym spotkaliśmy pomocnych nam ludzi. Kierowca nie wziął od nas ani centa za kurs 😉 Po kilku minutach przesiadka do pociągu. Tutaj jednak nie odbyło się „bez zakupu” biletu. „Bez zakupu” dlatego, że automat sprzedający bilety nie przyjmował banknotu o nominale 50 euro. Napotkana młoda para starała się nam pomóc rozmienić pieniądze, wyszło jednak na to, że pojechaliśmy bez biletu. Całe szczęście że nie było kontroli. Podpowiedzieli również, jak mamy się dostać pod bramę. Za ich namową, przesiedliśmy się do następnego pociągu, i po 10 minutach byliśmy już na dworcu centralnym. Ze względu na swoją wielkość, robił piorunujące wrażenie:

DSCN2015

Hauptbahnhof

DSCN2017

Jeden z torów

DSCN2016

Całość stanowiła konstrukcję stalową

Jeden ze słupów podtrzymujących tor. Było ich kilka na różnych poziomach

Jeden ze słupów podtrzymujących tor. Było ich kilka na różnych poziomach

W podziemiach dworca znajdują się perony, z których odjeżdżają pociągi międzynarodowe oraz metro. Udaliśmy się na to drugie, szukając stacji, z której mieliśmy odjechać. Dworzec swoim ogromem sprawił nam nie lada problem w znalezieniu stacji, z którym dopiero poradziliśmy sobie dopiero po pytaniu obsługi McDonalda o drogę. Przy okazji kupiliśmy sobie po hamburgerze, aby mieć za co kupić bilet. Nie warto ryzykować 1,5 euro dla 100 euro kary za jazdę bez niego.

Linia metra, którą poruszaliśmy się, obsługuje większość zabytków wartych zobaczenia. Od Reichstagu, po Bramę Brandenburską. Na każdej stacji metra opisana jest słownie i obrazowo historia danego zabytku, przy którym zatrzymuje się wagonik. Niby nic, a można dowiedzieć się naprawdę dużo podczas oczekiwania na transport.

Po paru minutach jazdy docieramy pod Bramę Brandenburską:

Brandenburger Tor

Brandenburger Tor

Pamiątkowa fotka

Pamiątkowa fotka

Pod bramą odpoczęliśmy chwilę i wypiliśmy ciepłą herbatę, którą na ten cel zrobiła Paula będąc jeszcze w Polsce 😉

Mimo późnej pory, ludzi nie brakowało. Trudno było wychwycić dobry moment do zrobienia zdjęcia.

Po półgodzinnym odpoczynku, poszliśmy dalej na piechotę. Mieliśmy jeszcze pół nocy przed nami, więc opcja jazdy metrem wydawała się nam bez sensu. Po paru minutach spaceru w chłodzie i zimnym deszczu dotarliśmy pod kawałek muru berlińskiego, który w latach 1961 – 1989 stanowił podział Niemiec:

Berliner Mauer

Berliner Mauer

Kawałek dalej znajduje się budynek Reichstagu.

Reichstag, a oficjalnie Plenarbereich Reichstagsgebaude, jest siedzibą niemieckiego Bundestagu. Zbudowany został w barokowym stylu na podstawie planów architekta Paula Wallota w latach 1884 – 1894. Do 1918 roku znajdował się tu Reichstag II Rzeszy. W 1933 budynek ten został prawie całkowicie zniszczony w pożarze. Na nas zrobił ogromne wrażenie:

Reichstag - kto grał w gry wojenne dostrzeże w nim "to coś" ;-)

Reichstag – kto grał w gry wojenne dostrzeże w nim „to coś” 😉

Było już grubo po północy, więc o wejściu do budynku mogliśmy tylko pomarzyć. A szkoda, bo na pewno byłoby ciekawie. Skierowaliśmy więc nasze kroki w kierunku pobliskiej rzeki, którą otaczają z jednej strony brzegu nowoczesne zabudowania, a z drugiej stare. W połączeniu z iluminacja świetlną sprawia to naprawdę świetne wrażenie.

Z biegiem czasu zostaliśmy na mieście sami. Był środek nocy a my włóczyliśmy się po okolicy. Ostatecznie poszliśmy zobaczyć, jak wygląda Brama Brandenburska z daleka. Nic specjalnego. Po paru minutach znaleźliśmy się na suchej i ciepłej stacji metra, gdzie w oczekiwaniu na wagon wyschnęliśmy trochę i ogrzaliśmy nasze zmarznięte stopy.

Będąc z powrotem na dworcu, udaliśmy się zobaczyć rozkład jazdy, aby móc wydostać się z Berlina. Pociąg miał odjeżdżać za 90 minut, jednak ta informacja okazała się nieprawdziwa. Mimo tego, że pociągi widnieją w rozkładzie jazdy, to w nocy nie jeżdżą. Swoje kursy zaczynają o 4 rano. Jedynie pociągi dalekobieżne oraz międzynarodowe odjeżdżają nocą. Nasz miał planowo odjechać za kolejne 90 minut, więc udaliśmy się do McDonalda, gdzie razem z innymi ludźmi ogrzewaliśmy się w środku czekając na odjazd.

Czas leciał, ze zmęczenia „przybiliśmy gwoździa”, jednak szum otoczenia nie pozwolił nam zasnąć. Po 90 minutach przyjechał oczekiwany przez nas pociąg, 2 przesiadki, i znaleźliśmy się na tej samej ciemnej drodze, co parę godzin temu. Jedyna różnica, że w przeciwnym kierunku. Weszliśmy ponownie na stację benzynową, jednak musieliśmy znaleźć się na drugiej stronie autostrady. Jedynym wyjściem było przekroczenie jej po jezdni. Nie mając innego wyboru, odczekaliśmy chwilę, po czym sprintem pobiegliśmy na drugą stronę 😉

Czekaliśmy tam godzinę. Pani z obsługi zapytana o to, czy mogłaby ugotować nam wodę, zapytała:

– „A na co wam wrzątek?”

– „Na herbatę.”

– „Herbatę możecie sobie kupić, 2 euro kosztuje.”

Chamstwo nie zna granic, było bardzo zimno a my nie mieliśmy ciepłego picia. Szczęście w nieszczęściu, znaleźliśmy samochód, który jechał na Lipsk. Był to przeciwny kierunek, mimo tego woleliśmy znaleźć się na większej stacji – tej, z której złapaliśmy parę godzin temu stopa bliżej centrum.

Pan okazał się miły, podkręcił ogrzewanie, po czym Paula momentalnie zasnęła. Jako że kierowca pracował kiedyś w Iranie, miałem okazję wypytać go co nieco odnośnie przyszłej wyprawy do tego kraju. Dowiedziałem się paru istotnych rzeczy, z których na pewno skorzystam latem.

Na stacji spotkaliśmy tirowców, którzy zgodzili się nas podwieźć do Kostrzyna nad Odrą. Musieli jedynie wymienić koło, co miało zająć im pół godziny. Do Kostrzyna nie byłoby nam po drodze, więc w międzyczasie zaczęliśmy szukać kogoś jadącego na Wrocław.

Na stację wjechało auto z Gdańska. Widząc ten samochód, Paula zapytała mnie, czy jedziemy nad morze, a następnego dnia wracamy jeśli się zgodzą.

– „OK” 🙂

Jak się okazało, ludzie wracali z nart. Jedną osobę chętnie by zabrali, ale dla dwóch nie ma już miejsca.

Po 10 minutach Paula znalazła parę z Holandii, która jechała do Oświęcimia. Dla nas idealnie 🙂 Szybkie pytanie, wyluzowani młodzi ludzie, i już siedzieliśmy w malutkim samochodzie, który na autostradzie zamykał licznik 😉

Gazu szofer! ;-)

Gazu szofer! 😉

Ludzie ci byli jednymi z lepszych, z którymi mieliśmy okazję jechać. Całą drogę żarty, śmiechy, śpiewanie piosenek. Po drodze zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, aby coś zjeść. Pamiątkowa fotka:

DSCN2132

I ruszyliśmy dalej w kierunku Gliwic. Po przejechaniu 550 km musieliśmy się w końcu rozstać. Podwieźli nas na drogę, z której złapaliśmy później w 3 minuty ostatniego stopa, do centrum 🙂

I na tym się skończył nasz szalony wypad. Miał to być wypad bez mapy, bez noclegu, bez pieniędzy. Paula jednak wzięła trochę euro, za które kupiliśmy bilety. Z map korzystaliśmy na stacjach benzynowych. Mimo dokuczliwego zimna i ciągle padającego deszczu nie czuliśmy zmęczenia. Dopiero gdy znaleźliśmy się w ciepłych pomieszczeniach/samochodach, ochota na sen przychodziła momentalnie. Po przyjeździe padłem do łóżka jak mucha, spałem 16 godzin.

I tak oto zrealizowałem z pomocą Pauli 1/12 mojego planu na 2013 rok – 12 stolic w 12 miesięcy. Pierwszą był Berlin, następną będzie… dowiecie się niedługo 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s