Dzień 9.

W tym dniu naszym celem był cel naszej podróży, do którego zmierzaliśmy – Gibraltar. Po wyjściu z dusznego namiotu przeciągnęliśmy się leniwie, po czym zjedliśmy resztki jedzenia, które zostawiliśmy specjalnie na rano.

“No nic, czas się zbierać” – powiedział Leon, po czym przystąpiliśmy do składania namiotu.

Był to “rewelacyjny”, samo rozkładający się namiot w 2 sekundy, z wbudowanym oświetleniem, który trzeba było później samemu złożyć. Nie działa to niestety w dwie strony. Przechodzący obok murzyn pracujący na campingu jako jego obsługa widział jak się trudzimy. Musiał już wcześniej pomagać innym ludziom, gdyż nasz namiot nie przysporzył mu żadnych problemów przy składaniu. Poszliśmy się umyć, po czym wrzuciliśmy plecaki do samochodu i zaparkowaliśmy go w inne miejsce, aby nie płacić za kolejną dobę. Poranek wykorzystaliśmy na zabawy na plaży:

Za naszymi plecami ocean, a za nim o jakieś 5000 km oddalona jest Ameryka :-)

Za naszymi plecami ocean, a za nim o jakieś 5000 km oddalona jest Ameryka 🙂

Takich szkółek kitesurfingu jak ta były dziesiątki

Takich szkółek kitesurfingu jak ta były dziesiątki

Graliśmy w siatkówkę i rugby

Graliśmy w siatkówkę i rugby

Zrobiliśmy fotkę Żyrafkowi

Zrobiliśmy fotkę Żyrafkowi

I pokazywaliśmy języki :-)

I pokazywaliśmy języki 🙂

Po tych wygłupach, poszliśmy do baru na piwo. Siedząc w nim było czuć specyficzny klimat, który sprawił, że czuliśmy się jak na Hawajach – chilloutowa muzyka, rurki do picia długie na metr. Duże i wygodne kanapy, na których można było leżeć, przekryte były dachem z bambusa. Idealne miejsce dla młodych, którym podobają się takie klimaty :-)

“Koniec tego leniuchowania, czas najwyższy abyście zdobyli ten Gibraltar” – powiedział Leon, po czym zwinęliśmy się szybko do samochodu. Po godzinie dojeżdżaliśmy do tego malutkiego miasta – państwa, mijając po drodze ładne okolice:

Wypasające się krowy jadły suchą trawę

Wypasające się krowy jadły suchą trawę

Ładnie prezentował się most, który idealnie był wkomponowany w dzicz

Ładnie prezentował się most, który idealnie był wkomponowany w dzicz

Droga do upragnionego Gibraltaru :-)

Droga do upragnionego Gibraltaru 🙂

Oraz słynna skała

Oraz słynna skała

Przekroczenie granicy Hiszpańsko – Gibraltarskiej nie stanowiło najmniejszego problemu. Celnik wziął nasze paszporty, otworzył je, po czym szybko oddał. Na tym przejściu granicznym nie są sprawdzane pojazdy posiadające specjalne kartki umieszczane na przednią szybą. Tak prezentuje się samo przejście:

Wymowne graffiti nie ma najmniejszego powiązania z tym państwem

Wymowne graffiti nie ma najmniejszego powiązania z tym państwem

Gibraltar jest krajem zamożnym ze względu na swoją znakomitą lokalizację. Dzięki niej na Gibraltarze rozwinął się port handlowy i pasażerski. Nie ma tutaj podatków. Obsługa statków handlowych i opłaty pobierane za tranzyt towaru są głównym źródłem dochodów. Oficjalnym językiem jest język angielski, wielu mieszkańców posługuje się biegle hiszpańskim. Mieszka tutaj niecałe 28 tysięcy osób.

Po przekroczeniu granicy zaczęliśmy się rozglądać za miejscem parkingowym. W międzyczasie przejeżdżaliśmy przez pas startowy lotniska, którego pas startowy jako jedyny na świecie dzieli miasto na dwie połowy:

Gibraltar Airport

Gibraltar Airport

Mimo bardzo małej liczbiy parkingów, udało nam się zaparkować już po 5 minutach. Udaliśmy się w kierunku sklepu, aby kupić pocztówki i piwo, które mieliśmy wypić na górze skały jako ukoronowanie naszej wyprawy. Tak też zrobiliśmy, po czym udaliśmy się przez miasto na podbój góry:

Wąskie uliczki dominowały w mieście

Wąskie uliczki dominowały w mieście

Część mieszkalna miasta

Część mieszkalna miasta

Stare maisto

Stare miasto

Stare miasto C.D.

Stare miasto C.D.

Mateusz chciał zadzwonić do domu, jednak rozmowy były drogie ;-)

Mateusz chciał zadzwonić do domu, jednak rozmowy były drogie 😉

Początkowo chcieliśmy wjechać na górę kolejką, jednak jej cena była dla nas zaporowa – 10 funtów za wjazd. Postanowiliśmy więc pójść na piechotę. Z pobliskiego biura dorwaliśmy mapę, wg. której szliśmy. Było już popołudnie, a my wciąż byliśmy na dole. Narzuciliśmy sobie ostre tempo, gdyż Leon dał nam tylko dwie godziny na wejście i zejście. Na górę wg. mapy idzie się godzinę i 15 minut, jednak nasze tempo oraz temperatura była na tyle duża, że Leon zrezygnował z wejścia:

Leon: “Słuchajcie, ja nie dam rady, nie idę.”

My: “Nie wygłupiaj się, to tylko kawałek.”

Leon: “Mieszkam niedaleko, jeszcze będę tu tyle razy. Teraz jednak odpuszczam.”

Było nam w tym momencie przykro. W palącym słońcu szliśmy od teraz w trójkę. Po drodze zaczęły pojawiać się małpy, wywołując na naszych twarzach uśmiech. Pierwszy raz widzieliśmy małpy żyjące na wolności:

P1250862

Małpia rodzina

Małpia rodzina

“Idziemy dalej, nie mamy czasu” – powiedziałem, po czym ruszyliśmy stromą ulicą przed siebie. Po drodze co chwilę zatrzymywaliśmy się. Na jednym z odpoczynków, obok nas zatrzymał się samochód, wiozący bogatych i leniwych turystów na górę. Kierowca znał już zwyczaje małp, po czym kazał jednej z nich wskoczyć na samochód:

Małpy nie bały się w ogóle

Małpy nie bały się w ogóle

Nagle widząc naszą radość, kazał podejść nam bliżej samochodu, pokazał małpie nasze głowy, i oto mieliśmy małpę na głowie :-)

:-)

🙂

W dotyku nie były przyjemne. Całe mokre i śmierdzące. Ale nie myśleliśmy o tym. Byliśmy szczęśliwi, że byliśmy właśnie tu i teraz. Gdyby nie kierowca białego samochodu, nie mielibyśmy okazji do noszenia małp na naszych głowach :-)

“Czas iść dalej” – powiedziała Agata. Po drodze mijaliśmy same małpy, które przestały robić na nas wrażenie jakie robiły za pierwszym razem.

Po 45 minutach marszu, byliśmy w końcu na szczycie. Dźwięk otwieranego piwa był najlepszym dźwiękiem, jaki wówczas słyszeliśmy. Bo w końcu po 9 dniach, dotarliśmy do naszego celu :-)

Piwo było ciepłe, ale smakowało najlepiej jak tylko można sobie wyobrazić :-)

Piwo było ciepłe, ale smakowało najlepiej jak tylko można sobie wyobrazić 🙂

Widoki rozpościerające się z góry robiły wrażenie:

Widok na Cieśninę Gibraltarską i Maroko

Widok na Cieśninę Gibraltarską i Maroko

Oczekujące na przepłynięcie przez cieśninę statki

Oczekujące na przepłynięcie przez cieśninę statki

Kręta droga u podnóża góry prowadząca do Europa Point

Kręta droga u podnóża góry prowadząca do Europa Point

Oraz widok na port z miastem

Oraz widok na port z miastem

Po chwilowym odpoczynku na górze postanowiliśmy udać się jeszcze do stacji górnej kolejki w celu wysłania kartek do Polski oraz zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia. Podchodząc pod stację, Agata dostrzegła pewną osobę:

“Patrzcie, tam jest Leon!”

Zadowolony, że nie musiał wchodzić

Zadowolony, że nie musiał wchodzić

Leon po raz kolejny zrobił nam niespodziankę. Poświęcił 10 funtów, aby zrobić z nami pamiątkowe zdjęcie:

Nasza czwórka ;-)

Nasza czwórka 😉

Przeszliśmy na drugą stronę tarasu, aby zobaczyć lotnisko, przez które przejeżdżaliśmy. Dopisało nam szczęście, bo akurat lądował samolot. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda zamykanie drogi na czas startu/lądowania:

Gibraltar Airport w widoku z góry

Gibraltar Airport w widoku z góry

Lądujący samolot uniemożliwiał przejazd przez drogę

Lądujący samolot uniemożliwiał przejazd przez drogę

Przez którą później przejechały samochody

Przez którą później przejechały samochody

Było już późne południe, więc postanowiliśmy schodzić. Schodziliśmy ścieżką z drugiej strony góry, której koniec znajdował się bliżej samochodu. Po drodze widzieliśmy dużo małp, którymi zachwycali się jak my wcześniej turyści:

P1250920

O dziwo zejście z góry zajęło nam więcej czasu niż wejście na nią. Po godzinie byliśmy już na dole, znaleźliśmy Leona, który zjechał na dół kolejką, po czym poszliśmy do samochodu. Promienie słońca padające cały dzień na karoserię sprawiły, że samochód zamienił się w “piekarnik”. Chwilę poczekaliśmy, po czym opuściliśmy Gibraltar. Po drodze widzieliśmy dwóch autostopowiczów, którzy starali się złapać kogoś jadącego do oddalonej o około 500 km Lizbony.

Droga powrotna minęła nam szybko, gdyż padliśmy ze zmęczenia. Nie spał jedynie Leon. Zmęczenie dawało mu się jednak we znaki. Mało snu, wczorajsza impreza i upał, zrobiły jednak swoje. Po wyjściu z samochodu miał przekrwione oczy. Mimo tego, zrobiliśmy jeszcze obiad, po którym odpoczywaliśmy do wieczora. Wieczorem standardowa kolacja z winem oraz lodem:

P1250927

Tego dnia nie siedzieliśmy do późnych godzin nocnych. Zdecydowaliśmy, że następnego dnia wyruszamy w drogę powrotną. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności oraz powoli kończył się nam czas, jakim dysponowaliśmy. W planach mieliśmy jeszcze wziąć udział w La Tomatinie, więc tym bardziej trzeba było się sprężyć.

Opowiadamy Chrisowi jak było, dopijamy ostatnią butelkę wina i kładziemy się spać.

Dzień 8.                                                                                                                             Dzień 10.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s