Dzień 8.

Tego dnia mieliśmy w planach pojechać do Tarify – najbardziej wysuniętego na południe miasta Europy. Wstaliśmy rano, zjedliśmy śniadanie, po czym namówiliśmy Leona aby pojechał z nami. Nasze opowieści o dotychczas przeżytej przez nas przygodzie sprawiły, że Leon zdecydował się na pierwszego w życiu stopa. Jako że do celu nie było daleko, postanowiliśmy wyruszyć o godzinie 12. Leon tego dnia musiał pójść do pracy, więc wyszliśmy z mieszkania na palące słońce dopiero po południu. W międzyczasie zrobiliśmy najlepsze napisy, jakie dotychczas udało nam się zrobić:

Pół godziny i kartony były gotowe

Pół godziny i kartony były gotowe

Aby było nam łatwiej, postanowiliśmy podzielić się na dwie pary: Agata z Leonem i Mateusz ze mną, oraz dostaliśmy dużą polską flagę. Na drodze ustawiliśmy się w odstępie około kilometra. I zaczęliśmy łapać. Staliśmy w nie najlepszym miejscu do łapania stopa, ale innego nie było. Początkowe uśmiechy kierowane w stronę kierowców mizerniały z minutę na minutę coraz to bardziej za sprawą palącego słońca, które dało nam w kość. Nasza nadzieja w złapanie stopa szybko powróciła, gdy ujrzeliśmy auto na polskich tablicach rejestracyjnych. Pokazujemy flagę, a ludzie ze środka patrzeli na nas, jakby nigdy nie widzieli swojej flagi. Oczywiście pojechali dalej nie zatrzymując się. “No nic, łapiemy dalej” – powiedziałem do Mateusza. Leonowi spodobał się ten sposób podróżowania, że postanowił łapać w kilku miejscach:

Na drodze

Na drodze

Na moście

Na moście

Oraz na stacji benzynowej

Oraz na stacji benzynowej

Słońce coraz bardziej paliło nasze skóry. Każde założenie plecaka ważącego ponad 10 kg było bolesne. Nie poddajemy się, łapiemy dalej. Po dwóch godzinach dostajemy telefon od Agaty:

Agata: “Złapaliśmy stopa do Tarify!”

Mateusz skwitował: “K*urwa mać! Oni mają szczęście a my tu się smażymy!”

Agata: “Nie przejmujcie się chłopcy, nie długo na pewno coś znajdziecie.”

Nasza chęć na złapanie stopa niewyobrażalnie wzrosła w tym momencie. Bo ile można stać w miejscu, szczególnie gdy słońce grzeje niemiłosiernie. Zaczęliśmy machać kartonami, flagą, wchodziliśmy na barierę energochłonną aby być lepiej widoczni. Taki sposób okazał się skuteczny. Nie mija 5 minut, gdy zatrzymuje się samochód. Uradowani biegniemy w jego stronę, i tu niespodzianka:

Agata: “Wsiadajcie!” :-)

Leon nie miał już cierpliwości stać na słońcu, więc zabrał swój samochód, po czym podjechał po nas, aby zrobić nam niespodziankę. Udało mu się w 100%

Nasza radość na widok zatrzymującego się samochodu

Nasza radość na widok zatrzymującego się samochodu

Jeszcze tylko zatankowaliśmy samochód i w drogę:

Marbella 26 km, Cadiz 241 km, Tarifa 120 km

Marbella 26 km, Cadiz 241 km, Tarifa 120 km

Aby zaoszczędzić pieniądze, postanowiliśmy jechać drogą krajową. Niestety z powodu pożarów, które w tym czasie pustoszyły Hiszpanię, policja zawracała ruch z powrotem na autostradę:

Pożary

Pożary

Co chwilę widzieliśmy ciemniejsze dymy, których widok oznaczał jedno – palą się już domy. Nie były to przyjemne widoki. W okolicy latały helikoptery i samoloty biorące udział w akcji gaszenia pożaru.

W miarę upływu czasu byliśmy coraz to bliżej Gibraltaru:

Gibraltar

Gibraltar

Jechaliśmy drogą z widokiem na Afrykę i Ocean Atlantycki, która robiła niesamowite wrażenie:

Highway to hell?

Highway to hell?

Po drodze udało nam się wypatrzeć idealnie miejsce do zrobienia zdjęć. Zatrzymaliśmy się więc na górce, z której rozpościerały się takie oto widoki:

Droga nadmorska

Droga nadmorska

Widok na Afrykę

Widok na Afrykę

Nasza trójka

Nasza trójka

Oraz Leon

Oraz Leon

Będąc już blisko Tarify, na horyzoncie pojawiło się dużo kitesurferów. Z uwagi na silny wiatr, miejscowość ta jest mekką dla ludzi uprawiających ten sport. Gdy już byliśmy w mieście, postanowiliśmy poszukać campingu, aby móc w końcu odpocząć. Udało nam się znaleźć za drugim podejściem. Cena za miejsce na polu namiotowym nie była wygórowana, więc zdecydowaliśmy się na nocleg właśnie na nim. Zrobiliśmy szybką rundę po polu, po czym znaleźliśmy odpowiednie miejsce dla nas i rozbiliśmy namiot:

Za płotem plaża z oceanem :-)

Za płotem plaża z oceanem 🙂

Podczas gdy ja robiłem obiad, reszta pojechała do miasta na zakupy. Po niecałej godzinie przyjeżdżają, mając całkiem spore zapasy jedzenia oraz butelkę polskiej wódki kupionej tutaj:

Leon: “Nie pamiętam kiedy ostatnio piłem z Polakami tutaj w Hiszpanii”.

My: “Czas najwyższy nadrobić zaległości”.

Dojadamy reszki zupek chińskich, po czym odpalamy grilla. Zapach smażonych steków pobudzał nasz apetyt :-) Gdy już zjedliśmy, poszliśmy nad ocean, aby się wykąpać w nim o zachodzie słońca. Po drodze na plażę mijamy znak, który dotychczas widzieliśmy tylko na zdjęciach w internecie:

Afryka – tak niewiele a tak wiele

Afryka – tak niewiele a tak wiele

Widzieliśmy też kitesurfera, który sobie pływał po wodach oceanu:

Był sam, radził sobie bardzo dobrze

Był sam, radził sobie bardzo dobrze

Oraz my w oceanie :-)

Oraz my w oceanie 🙂

Następnie poszliśmy do namiotu, aby napić się wódki, która szybko się skończyła. Wybraliśmy się więc po piwo w stronę miasta. Na piechotę. Było ciemno, jedynym źródłem światła był blask księżyca. Szliśmy plażą, aż nagle natrafiliśmy na rzekę, której ujście znajduje się w oceanie. Podwinęliśmy więc nogawki, i powolnym krokiem przekroczyliśmy ją. Do miasta szliśmy ponad godzinę w jedną stronę. Gdy już dotarliśmy na miejsce, słyszeliśmy dźwięki muzyki z imprez, które odbywały się w okolicznych barach. Postanowiliśmy wstąpić do jednego z nich:

Leon: “Idziemy do tego?”

Mateusz: “Chodźcie tam dalej, tam jest taki fajny zielony bar.”

Posłuchaliśmy Mateusza, i jego decyzji nie mogliśmy żałować. Bowiem w barze barmanami byli Polacy, którzy na wieść, że jesteśmy autostopowiczami, dosiedli się do nas i zaczęli rozmowę na temat naszej podróży. I w powiększonym gronie wypiliśmy piwa, po czym biorąc na drogę do namiotu każdy po 3 małe butelki, powoli kierowaliśmy się z powrotem. Gdy już dochodziliśmy na pole, na szalony pomysł wpadł Leon:

Leon: “Co powiecie na to, żeby wykąpać się tu i teraz w oceanie?”

Ja: “Ale Leon, jest 4 rano”

Leon: “Chodź, nie pożałujesz”

Ja: “Ok”

Leon: “Ale wszyscy nago”

Agata: “Yyy chyba nie”

Mateusz i ja: “Ok”

Po czym rozebraliśmy się do zera i pobiegliśmy sprintem do oceanu. Kto pierwszy ten lepszy :-) A że plaża była bardzo szeroka, to zanim dobiegłem złapała mnie kolka. Mimo tego, nie poddawałem się. Po przebiegnięciu ok. 300 metrów, szczęśliwi jak nigdy, znaleźliśmy się w oceanie :-) Zdjęć niestety nie robiliśmy :-)

Po tych wygłupach, poszliśmy do namiotu, dopiliśmy piwa, wskoczyliśmy w śpiwory i położyliśmy się spać. Z tych przeżytych wrażeń trudno było nam zasnąć :-)

Dzień 7.                                                                                                                             Dzień 9.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s