Dzień 6.

Tego dnia zostaliśmy obudzeni przez przechodzącą przez nasz pokój panią gosposię. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności, więc szybko wstaliśmy z łóżek, po czym spakowaliśmy nasze plecaki do samochodu.  Zostawiliśmy u nich w domu jedynie czekolady, które roztopiły by się podczas dalszej drogi.

P1250582

Dom, w którym spaliśmy

Za dnia pusta dzielnica mieszkalna, w nocy zbierali się tutaj ludzie

Za dnia pusta dzielnica mieszkalna, w nocy zbierali się tutaj ludzie

Dopiero rano zobaczyliśmy pustkowia, pośród których znajdowała się wioska, w której spaliśmy dzisiejszą noc:

Pustkowia

Pustkowia

Zostaliśmy wysadzeni na stacji, z której zabrała nas wczoraj pani z Maroka. Zjedliśmy na niej śniadanie, schowaliśmy plecaki do cienia za arbuzy, których doglądał wczoraj poznany sprzedawca. Nie musiał ich długo pilnować, bo już po chwili znaleźliśmy samochód, którym jechaliśmy do Malagi. W końcu doczekaliśmy się dłuższej jazdy, podczas której rozmawialiśmy po angielsku. Dziewczyna kierowcy studiowała pół roku w Norwegii, więc z angielskim radziła sobie bez problemu. Dowiedzieliśmy się, jak się mieszka i studiuje w Hiszpanii młodym ludziom. Okazuje się, że bardzo podobnie jak u nas. Podczas gdy Mateusz i Agata byli zajęci rozmową, ja robiłem zdjęcia:

Góry Sierra Nevada

Góry Sierra Nevada

Góry Sierra Nevada C.D.

Góry Sierra Nevada C.D.

Kierujemy się w stronę Malagi. Zaczynają się pojawiać arabskie napisy

Kierujemy się w stronę Malagi. Zaczynają się pojawiać arabskie napisy

My i nasz kierowca :-)

My i nasz kierowca 🙂

Po dwóch godzinach dojeżdżaliśmy do Malagi. Naszym celem tego dnia było miasto Calahonda, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg u brata mojego sąsiada, Leona. Gdy kierowca dowiedział się, że mamy do przejechania jeszcze 80 kilometrów więcej, zaproponował nam, że nas podwiezie. Odmówiliśmy, ponieważ mieliśmy być na miejscu dopiero wieczorem, więc w planach mieliśmy zwiedzanie Malagi. Nagle z ust Raquel (dziewczyny naszego kierowcy) padło pytanie:

“Czy macie gdzie zostawić plecaki?”

Odpowiedzieliśmy: “Coś znajdziemy.”

“Nie musicie nigdzie szukać, możecie zostawić u nas w samochodzie jeśli chcecie.”

Nigdy wcześniej nie powierzyliśmy naszego dobytku (bo tak można nazwać nasze plecaki) obcym ludziom, których dopiero poznaliśmy. Postanowiliśmy im zaufać. Dostaliśmy numer telefonu, że jak będziemy chcieli je dostać z powrotem, to mamy zadzwonić. I tak poszliśmy zwiedzać miasto Malaga. Na początku zahaczyliśmy o część portową miasta:

Część portowa miasta

Część portowa miasta

Nasz przewodnik był ubogi, więc postanowiliśmy się udać się do informacji turystycznej po jakiekolwiek informacje. Ku naszemu zdziwieniu, w Maladze nie było czego oglądać. Fakt, parę rzeczy warto, ale wystarczy na nie tylko parę godzin. Pomijając ten fakt, wybraliśmy się do twierdzy Alcazaba. Wzniesiona w XI wieku przez dynastię Hammudidów, stanowiła ona główną fortyfikację miasta.

Pozostałości zabudowań wewnątrz fortecy

Pozostałości zabudowań wewnątrz fortecy

Widok z daleka

Widok z daleka

Widok na wejście

Widok na wejście

Rozpościerały się z niej ładne widoki na całą Malagę:

Widok na część portową

Widok na część portową

Arena do walki z bykami

Arena do walki z bykami

Oraz widok na stare miasto

Oraz widok na stare miasto

Temperatura tego dnia za sprawą wiatru z nad morza nie była wysoka. Mimo wszystko czuliśmy się zmęczeni. Wystarczyło przejść kilka kilometrów, aby dać się namówić na piwo i colę pani kelnerce. Do piwa dostaliśmy gratis tapas – tradycyjną hiszpańską zagryzkę, która smakowała wyśmienicie:

Tapas

Tapas

Gdy trochę ochłonęliśmy, wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie miasta. Tym razem zupełnie bez celu, włócząc się po ciasnych i pięknych uliczkach Malagi. I tak dotarliśmy, zupełnie przypadkowo, pod dom narodzin Pabla Picasso:

Dom narodzin Pablo Picasso

Dom narodzin Pablo Picasso

Oraz pod Katedrę Wcielenia:

Katedra w Maladze

Katedra w Maladze

Następnie poszliśmy w kierunku plaży, zahaczając o piękny park w centrum miasta, w którym postanowiliśmy sobie trochę odpocząć:

P1250711

“Koniec tego lenistwa” – pomyśleliśmy sobie, po czym weszliśmy do sklepu kupić wino oraz coś do jedzenia. Następnie skierowaliśmy się w kierunku plaży, na której siedzieliśmy do późnych godzin popołudniowych:

Mateusz z winem

“No nic, czas dzwonić do naszych znajomych, ciekawe czy dostaniemy nasze plecaki” – pomyślałem. Chwytam telefon w dłoń, wykręcam numer, parę sygnałów i….

“Cześć, tutaj autostopowicze, czy możemy zabrać nasze plecaki?”

Odpowiedź: “Nie ma problemu, czekajcie o godzinie 17 przy sklepie na rogu.”

Tak też zrobiliśmy, po czym poszliśmy po nasze rzeczy do samochodu. Raquel powiedziała nam, że szukanie miejsca parkingowego zajęło im 2 godziny. Na pożegnanie pamiątkowa fotka, wymiana facebook-ów i idziemy na wylotówkę:

Raquel, jej chłopak, i my :-)

Raquel, jej chłopak, i my 🙂

Jej chłopak stwierdził, że szybciej będzie, jeśli podjedziemy autobusem. Chciał nam pomóc, szukając dla nas przez internet połączenia. My jednak woleliśmy pójść pieszo, przy okazji wstępując do Taco Bell – restauracji, której w Polsce nie ma. Jako że szliśmy w słońcu z ciężkimi plecakami, byliśmy cali mokrzy. Stąd padł pomysł na kupno wielkiej dolewki. Dostaliśmy tylko jeden kubek, ale “Polak potrafi.” I z jednego kubka napiliśmy się do syta coca coli, spite’a oraz fanty, oraz zjedliśmy pyszne frytki. Było już późno, więc postanowiliśmy się w końcu ruszyć z klimatyzowanej restauracji na rozgrzany asfalt. I tak szliśmy godzinę, aż znaleźliśmy “dobre” miejsce do łapania stopa. “Dobre”, bo pomimo zatoczki autobusowej i bardzo dużego natężenia ruchu, ludzie nam trąbili przy okazji pozdrawiając nas. I tak po nieco ponad godzinie, złapaliśmy stopa. Wziął nas starszy mężczyzna, z którym jechaliśmy około 35 kilometrów autostradą przy wybrzeżu. W samochodzie Agata zorientowała się, że nie ma naszej maskotki – Żyrafka. Wystraszona zapytała nas, czy go mamy. Nigdzie go nie widzieliśmy. Już byliśmy skłonni wysiąść z samochodu i wrócić się po niego, jednak w ostatniej chwili wyczułem go pod moim plecakiem, który miałem na kolanach. “Co za ulga…” – pomyślała Agata, po czym kontynuowaliśmy jazdę. Dojechaliśmy do ronda obok dużego centrum handlowego.

“Musimy coś złapać, Leon nie przyjedzie po nas samochodem!” – pomyśleliśmy, po czym natychmiast po wyjściu z auta, wystawialiśmy kciuki w stronę samochodów. Było już szarawo, a byliśmy jeszcze 40 km od miejsca, do którego mieliśmy dojechać. Po 3 minutach na skraju ronda zatrzymał się nieduży samochód. Zabrał nas bardzo religijny gość, który przez całe 40 km opowiadał o dobroci, jaką ludzie powinni okazywać innym ludziom. Miał rację, jednak byliśmy na tyle zmęczeni, że tylko kiwaliśmy twierdząco naszymi głowami. I tak, po 6 dniach naszej wycieczki, jesteśmy w końcu “prawie u celu”. “Prawie” – bo do Gibraltaru zostało nam jeszcze 100 km. Pamiątkowa fotka przy rondzie:

Calahonda! :-)

Calahonda! 🙂

Po czym dzwonię do Leona z informacją, że jesteśmy już na miejscu. Zadowoleni jak małe dzieci czekamy na niego. Po 10 minutach dzwoni Leon:

“Słuchajcie, musicie podejść na drugi wyjazd, nie mogę zaparkować obok was, stoi tam policja”,

po czym zarzuciliśmy nasze plecaki po raz ostatni tego dnia na plecy, i udaliśmy się w kierunku samochodu. Szybkie powitanie (Leona widziałem tylko raz, na wigilii w 2011 roku. Agata z Mateuszem nie mieli okazji poznać go wcześniej), pogratulowanie przebytej trasy, i już jechaliśmy w kierunku domu. Przywitał nas Chris, współlokator Leona, oraz malutki piesek, Dexter. Waży 600 gram:

Żyrafek i Dexter

Żyrafek i Dexter

Na powitanie dostaliśmy zimne piwo. Marzyliśmy o nim odkąd wyruszyliśmy z Polski. Wypiliśmy je bardzo szybko. Później drugie, trzecie. Zrobiło nam się w tym momencie dobrze. “Tutaj jest ponad 30 stopni w nocy, a w Polsce zaledwie 15 stopni za dnia” pomyśleliśmy sobie, uśmiechając się od ucha do ucha. Tego dnia zobaczyliśmy, że jesteśmy naprawdę  blisko naszego celu. Gibraltar oraz Maroko było widać na horyzoncie:

Na horyzoncie nasz cel – Gibraltar :-)

Na horyzoncie nasz cel – Gibraltar 🙂

Zjedliśmy kolację, do której wypiliśmy kupione w Maladze wino.

„Jest tutaj niedaleko fajny bar, idziemy?” – zapytał nas Leon, po czym zebraliśmy się i po 15 minutach byliśmy już w barze. Był to irlandzki bar, z irlandzką muzyką i z irlandzkim klimatem. Piwo oczywiście irlandzkie. Klientami byli ludzie pochodzący z krajów anglojęzycznych, którzy wyemigrowali do Hiszpanii w poszukiwaniu pracy oraz my, Polacy i Chris. Dostaliśmy po kuflu piwa, którego było więcej niż w normalnych kuflach – angielskie jednostki pojemności różnią się od naszych i są większe. Kosztowało ono 3,50 euro za kufel, ale mimo swojej ceny warto było się napić. Było już grubo po pierwszej w nocy, a bar nadal tętnił życiem. Leon z Chrisem na drugi dzień musieli pójść do pracy, więc wróciliśmy do mieszkania i na dużym tarasie rozłożyliśmy materace i poszliśmy spać. A zasypialiśmy widząc gwiaździste niebo. Nagle przez uchylone drzwi wbiegł Dexter. Reszty możecie się domyślić ;-)

Później były już tylko gwiazdy – żyć nie umierać ;-)

Później były już tylko gwiazdy – żyć nie umierać 😉

Dzień 5.                                                                                                                             Dzień 7.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s