Dzień 5.

Poranek. Zostajemy obudzeni przez promienie wschodzącego słońca oraz dźwięk silnika przejeżdżającej obok ciężarówki. Alkohol wypity wczoraj dawał o sobie znać. Prosto mówiąc – mieliśmy lekkiego kaca. Szkoda czasu na leżenie na parkingu, skoro za niedługo będziemy leżeć na plaży – pomyśleliśmy sobie, po czym zaczęliśmy się powolutku zbierać. A spaliśmy każdy gdzie indziej – na asfalcie przed busem, na dachu busa, w jego środku oraz w namiocie. Koledzy z busika od razu puścili muzykę na pobudzenie. I tak zrobiliśmy imprezowe śniadanie, po którym wsiedliśmy wszyscy razem do samochodu, aby w końcu po 20 kilometrach się pożegnać. A szkoda, bo było naprawdę świetnie :-)

Pamiątkowa fotka i jedziemy dalej, na południe

Pamiątkowa fotka i jedziemy dalej, na południe

Wysiedliśmy na dużej stacji benzynowej, która jako jedna z nielicznych posiadała przejście na drugą stronę autostrady. Skorzystaliśmy więc z niego, po czym znaleźliśmy się na południowej nitce autostrady. Plecaki rzuciliśmy obok wejścia do restauracji, po czym ruszyliśmy “na łowy”. Szło nam kiepsko, zważywszy na ilość samochodów przejeżdżających obok nas. Próbowali nam pomóc Litwini, którzy z ciężarówki pytali innych kierowców o pomoc dla nas. Niestety bezskutecznie. Nagle do głowy przyszedł nam dość fajny pomysł. Jako, że Hiszpanie niezbyt potrafią rozmawiać po angielsku, postanowiliśmy ich zaskoczyć. Poprosiliśmy jednego kierowcę, aby na kartce napisał nam zdanie w swoim ojczystym języku, hiszpańskim: “Czy jedziesz na Valencię? Jeśli tak, czy mógłbyś nas podwieźć?” I już mieliśmy haka na odpowiedź “I don’t speak english” :-) Uradowani, wracamy do naszych plecaków, po czym dostrzegamy czerwone audi cabrio, a w nim wyluzowanego gościa. 5 minut rozmowy, i już siedzieliśmy w aucie, jakim nigdy wcześniej nie jechaliśmy.

Klimatyzacja ma na noc ;-)

Klimatyzacja ma na noc 😉

Po wyjściu, nasz kierowca poczęstował Mateusza papierosem, po czym odjechał w nieznanym kierunku. I znaleźliśmy się na tej samej stacji, na której chcieliśmy wysiadać po drodze do Barcelony ;-) Nie było na niej co prawda dużej ilości samochodów, więc poszliśmy na parking dla ciężarówek – tutaj również bez szału. Naszą uwagę przykuła jednak polska ciężarówka. Jej kierowca był na tyle miły, że chciał poczęstować nas kawą. I gdy ja z Agatą łapaliśmy auta, Mateusz siedział sobie w cieniu przy kubku z kawą… I tak w dwójkę złapaliśmy takiego oto jegomościa:

Dziurawe spodnie i potargana koszulka to jego styl

Dziurawe spodnie i potargana koszulka to jego styl

Chcieliśmy zostawić Mateusza, jednak żal było go zostawić na pastwę losu ;-) Z tym gościem przejechaliśmy nieco ponad 100 km w kierunku Valencii. Wysadził nas na parkingu, na którym w ciągu 30 minut złapaliśmy następnego stopa. Nasza kartka, na której było napisane pytanie o kierunek, okazała się niewłaściwa. Ludzie w samochodzie powiedzieli nam, że gość napisał na niej coś o szyciu spodni ;-) Niezły ubaw musieli mieć ludzie czytający ową kartkę. W międzyczasie byłem “murzynem” polskiego kierowcy, któremu nie chciało się wyjść z ciężarówki po piwo.

“Dobra, niech sobie siedzi”, pomyślałem, po czym poszedłem mu po zimne piwo. Podczas gdy jechaliśmy z parą nowo poznanych ludzi, z wyprzedzających nas samochodów kiwali nam ludzie, którzy chcieli nas zabrać, jednak nie mieli wolnego miejsca. I tak się fajnie jechało aż pod Valencię. Po szybkim pożegnaniu, zostaliśmy wysadzeni na parkingu. Na parkingu stał jeden camper. Nigdy nie jechaliśmy wcześniej takim samochodem. Chęć na jazdę camperem potęgował fakt, że na jego boku widniał napis “Granada”, czyli miejscowość oddalona o ok. 550 km. Podeszliśmy, zapytaliśmy o podwózkę, odpowiedzieli: OK. Naszą radość ostudził jednak fakt, że ludzie z campera nie zrozumieli, że podróżujemy w trzy osoby. No nic, szukamy dalej – pomyślałem. I tak po kolejnych 15 minutach, podjechał dostawczy Peugeot.

Szybkie pytanie: “Dokąd Pan jedzie?”

Odpowiedź: “Do Jaen”.

Zajrzeliśmy na mapę, okazało się, że to tylko 50 km od Granady. Grzechem byłoby nie skorzystać :-) I tak przez kolejne 7 godzin, pomimo kompletnego braku znajomości języka angielskiego ze strony kierowcy, cieszyliśmy się widokami hiszpańskich pustkowi:

La Mancha – Kraina Don Kichota

La Mancha – Kraina Don Kichota

Po horyzont pustkowia

Po horyzont pustkowia

Po horyzont pustkowia C.D.

Po horyzont pustkowia C.D.

W pewnym momencie zjechaliśmy z autostrady, jadąc drogą, której nie mieliśmy na mapie. Ale za to jaką drogą – prostą po horyzont, bez żadnych zabudowań dookoła. Same skały i piasek. 15 kilometrów, leciutki zakręt, i dalej 15 kilometrów. Niczym Route 66 w USA. Jedyną rzeczą, jakiej żałujemy była wyczerpana bateria w aparacie, dlatego nie mamy żadnych zdjęć. Ale za to wspomnienia w głowie zostaną na długo :-) I tak zaczęło robić się ciemno, a my nadal jechaliśmy przed siebie. W końcu, około 22.30 docieramy do Jaen. Podczas gdy Mateusz przygotowywał kolację dla nas trojga, ja wraz z Agatą próbowaliśmy złapać jeszcze tego dnia stopa do Malagi – około 200 km. Podeszliśmy do jednej pani. Była sama. Pytamy się:

“Przepraszam, jedzie Pani na Malagę?”

Dostaliśmy odpowiedź: “Nie, nie jadę, ale jak chcecie to możecie u mnie spać.”

Po dłużej chwili namysłu, doszliśmy do tego, o co jej chodzi.

My: “Ale jest nas troje”.

Odpowiedź: “Nie szkodzi”.

Uradowani pobiegliśmy po Mateusza. Na wieść, że będziemy spać u kogoś w domu, z jego ust padła odpowiedź: “No co ty pierdolisz?” ;-)

Szybko spakowaliśmy się do samochodu, i po 30 minutach jazdy ciemnymi drogami gdzieś na wsi, znaleźliśmy się w domu pani z Maroka. Ugościła nas, podając zupę z melona, po czym dostaliśmy pizzę, oliwki, marokańską herbatę i ciastka. I to wszystko w marokańskim stylu. Była ona bardzo orzeźwiająca po całym dniu na słońcu. Największą niespodziankę sprawiliśmy jednak jej dzieciom. Syn oraz córka, Said i Zhor, nie wiedzieli, że mają gości w domu. Przychodzą, patrzą na nas, mówią nieśmiało “Hello”. My również nie wiedzieliśmy, jak zareagować. Ale wszystko wyszło bardzo pozytywnie :-) Poopowiadaliśmy sobie o zwyczajach panujących w naszych krajach, po czym zrobiliśmy kilka fotek:

Barwy wojownicze po brudzie, który został na naszych palcach z opon

Barwy wojownicze po brudzie, który został na naszych palcach z opon

Z Saidem

Z Saidem

Po rozmowach do bardzo późnych godzin nocnych, idziemy wziąć zimny prysznic, po czym kładziemy się spać. Jest tak gorąco, że mimo zmęczenia, zasypiamy dopiero po godzinie.

Dzień 4.                                                                                                                             Dzień 6.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s