Dzień 3.

Dzień przywitał nas niezwykle ciepłym porankiem. Po nocy spędzonej w namiocie byliśmy cali spoceni. Jednak widoki z rana uświadomiły nas, że ten dzień będzie dobrze przeżytym. Po wyjściu z namiotu, naszym oczom ukazał się malutki zamek na skale, który idealnie był wkomponowany w okolicę:

Orange, Francja

Orange, Francja

Następnie wykonałem szybki zwrot w stronę namiotu, aby pogonić Agatę i Mateusza do wyjścia. Niestety okazało się, że spaliśmy na polance, która stanowiła wysypisko śmieci dla kierowców, którym nie chciało się pójść do kosza:

P1250137

Po spakowaniu plecaków poszliśmy na parking, aby zjeść śniadanie oraz się umyć. Już podczas jedzenia patrzeliśmy na samochody, które mogły stanowić “potencjalną” podwózkę. Dlaczego potencjalną? Dlatego, że we Francji autostop działa znacznie gorzej niż w Polsce. Po godzinie spędzonej na parkingu wśród samochodów osobowych, przyszedł czas na ciężarówki.

Agacie udało się wypatrzeć jedyną ciężarówkę stojącą na parkingu. Mateuszowi każemy pilnować plecaków, po czym udaliśmy się wraz z Agatą do kierowcy. Był nim mężczyzna w podeszłym wieku, pochodzący z Węgier. Pytamy się go o drogę, jednak nie sposób było nam zrozumieć, co do nas mówi. Napisał jedynie na kartce godzinę, o której rusza – 9.45. Wskazaliśmy palcami na naszą trójkę oraz na plecaki mając nadzieję, że Węgier się domyśli, o co nam chodzi. Jego kiwnięcie głową uszczęśliwiło nas. Zgodził się nas zabrać. Robimy szybko fotkę Żyrafkowi:

P1250147

Nasz mały patriota na francuskiej ziemii

Po czym pakujemy nasze plecaki na pakę, wskakujemy do kabiny, i jedziemy:

P1250150

Nasze zadowolone twarze 🙂

Oraz “sweet focia” ;-)

Oraz “sweet focia” 😉

Nasz kierowca potrafił rozmawiać trochę po rosyjsku. W końcu Mateusz miał okazję się wykazać, gdyż uczył się języka Rosyjskiego przed wyjazdem do Tajlandii. Z rozmowy dowiedzieliśmy się, że kierowca jedzie w kierunku Hiszpanii. Nie było jednak jasne, dokąd zmierza. Postanowiliśmy przejechać z nim najdalej jak się da. Nie żałowaliśmy tej decyzji. Po drodze zatrzymywaliśmy się parę razy na przymusową przerwę, która była obowiązkiem kierowcy. Podczas dalszej drogi kierowca zaproponował nam, że zjedzie z autostrady po to, abyśmy mogli porobić zdjęcia okolicznych wiosek, gdyż widoki z autostrady były ciekawe, jednak urokliwe wioski bardziej urzekły nas swoim pięknem:

Mimo południowej Francji, tereny były zielone

Mimo południowej Francji, tereny były zielone

Jedna z wiosek

Jedna z wiosek

Okoliczne drogi

Okoliczne drogi

Wąskie uliczki w sam raz dla 40 tonowej ciężarówki ;-)

Wąskie uliczki w sam raz dla 40 tonowej ciężarówki 😉

Później wjechaliśmy z powrotem na autostradę, którą zmierzaliśmy do granicy z Hiszpanią:

Barcelona była naszym celem na ten dzień

Barcelona była naszym celem na ten dzień

Przed nami pokazały się Pireneje

Przed nami pokazały się Pireneje

Oraz my i nasz kierowca na jednym z postojów :-)

Oraz my i nasz kierowca na jednym z postojów 🙂

Po kilkugodzinnej jeździe nadszedł na nas czas. Nie chcieliśmy jechać dalej ciężarówką, ponieważ kierowca jechał w stronę Madrytu. Na parkingu, w cieniu naczepy, zjedliśmy z nim wspólny obiad, po czym nasz szofer odjechał zostawiając nas wystawionych na słońce. Zaczęliśmy szukać następnego samochodu. Byliśmy na dużej stacji niedaleko granicy francusko – hiszpańskiej. Następny samochód udało nam się znaleźć po chwili. Ludzie, którzy tak jak my, jechali na wakacje, zrobili wszystko, aby zmieścić nas wypchanego po brzegi do samochodu. W końcu się udało:

Lepiej źle jechać niż dobrze iść vol. 2 ;-)

Lepiej źle jechać niż dobrze iść vol. 2 😉

I tak jechaliśmy już przez Hiszpanię. Po drodze mijaliśmy takie widoki, których było naprawdę wiele:

Pireneje

Pireneje

Młoda para zatrzymała się na stacji benzynowej na przedmieściach Barcelony, na której myśleliśmy, że wysiadamy. Zaczęliśmy wyciągać nasze plecaki, dziękując za podwózkę. Byliśmy jednak w błędzie, gdyż kierowca powiedział:

– “Podziękujecie nam jak was zawieziemy do Barcelony. Dajcie mi adres, a was zawieziemy tam, gdzie chcecie.”

Byliśmy zaskoczeni taką propozycją. Niestety, mieliśmy tylko 2 adresy hosteli, które znajdowały się daleko poza centrum. Zdecydowaliśmy się pojechać do centrum, w którym z pewnością coś by się dla nas znalazło. I po kolejnej godzinie byliśmy już w Barcelonie. Wysiedliśmy z samochodu, wymieniliśmy się mailami, po czym ruszyliśmy przed siebie z ciężkimi plecakami w stronę centrum:

P1250213

Ciciu

Ulice Barcelony

Ulice Barcelony

Ulice Barcelony C.D.

Ulice Barcelony C.D.

Nasze głowy były skierowane na elewacje budynków, gdyż szukaliśmy hostelu na dzisiejszą noc.

Idąc w dół ulicą, Mateusz powiedział:

– “Patrzcie, hostel! Wchodzimy.”

Po wejściu do środka odczuliśmy niesamowitą ulgę od gorąca, jakie lało się tego dnia z nieba. Po zapytaniu na recepcji o wolne miejsca, kazano nam chwilę poczekać. W międzyczasie spotkaliśmy Polaka, który zapytał się nas, czy wybieramy się na mecz:

Mateusz: “Jaki mecz?’

Odpowiedź: “No jak to jaki?! Barcelona gra z Sampdorią za dwie godziny!”

Agata i ja: “Super, idziemy :-)

Rodak poszedł na mecz, a my zostaliśmy poinformowani, że nie ma w hostelu wolnych miejsc. Poprosiliśmy jednak, aby gość z recepcji zadzwonił do innych hosteli i dał nam adresy. W jednym z nich było dla nas miejsce. Po 20 minutach szybkiego marszu mieliśmy już łóżka w klimatyzowanym pomieszczeniu. Cena noclegu była duża, jednak skusiliśmy się na niego z dwóch powodów:

1) braku czasu,

2) braku miejsca do rozbicia namiotu.

Po chwili odpoczynku, zrobiliśmy na szybko obiad:

P1250228

Chcieliśmy zamówić jeszcze bilety. Pani z recepcji dwoiła się i troiła, aby nam pomóc. Bilety były jeszcze w sprzedaży, jednak na nic się zdała pomoc recepcjonistki, gdyż nie mieliśmy przy sobie karty kredytowej:

– “Idziemy, jak się uda kupić bilety na stadionie, to mamy mecz, jeśli nie to zobaczymy Camp Nou.”

I z takim nastawieniem udaliśmy się na mecz. Pani z hostelu powiedziała nam, abyśmy kupili bilet na metro, gdyż jest ono szybkie, oraz odległości do pokonania na nogach są znaczne. Tak też zrobiliśmy:

Próbowaliśmy złapać metro na stopa, ale nie wyszło ;-)

Próbowaliśmy złapać metro na stopa, ale nie wyszło 😉

Po 15 minutach byliśmy pod stadionem. Jak się okazało, nie było żadnych problemów z kupnem biletów. Za cenę 50 euro, kupiliśmy trzy bilety od konika, które okazały się mieć lepsze miejsca siedzące, niż te oferowane w internecie. Po chwili byliśmy już w środku:

Camp Nou

Camp Nou

Powitanie obu drużyn

Powitanie obu drużyn

I pierwszy gwizdek

I pierwszy gwizdek

Na meczu panowała super atmosfera. Ludzie przyszli na mecz całymi rodzinami. Panowała atmosfera pikniku, na którym nie było chamstwa i kiboli. Każdy śpiewał, każdy bił brawa, każdy był wesoły.

Już w pierwszej minucie padł jedyny gol w tym spotkaniu. Wygrała Sampdoria. Mimo tego, ludzie nie byli smutni, gdyż kibicowali swojej ulubionej drużynie do końca. Po meczu opuściliśmy stadion, po czym udaliśmy się w kierunku hostelu. Chcieliśmy wrócić metrem, jednak zła organizacja i komunikacja uniemożliwiła sprawny powrót do hostelu. Musieliśmy więc iść na nogach. W nocy było jednak tak gorąco, że nasze gardła w momencie wysychały. Ponad godzinę szukaliśmy sklepu, jednak wszystko było o tej porze pozamykane.

Mateusz: “Piwa bym się napił.”

Ja: “A ja nawet trzech.”

Podczas gdy szliśmy z suchymi gardłami do hostelu, Agata zauważyła malutki sklep nocny. Po wejściu wybraliśmy pierwsze lepsze piwa z lodówki. Od razu otworzyliśmy je, słysząc “magiczny” dźwięk: “tsss”. I życie od razu stało się lepsze :-) Pierwsza puszka została wypita ciurkiem.

Po ponad półtora godzinnej wędrówce zmęczeni docieramy do hostelu, gdzie zastajemy dwie osoby: polkę – Sylwię, która przyleciała na tydzień do Barcelony w celach imprezowania, oraz Kim – belgijkę, która również przyleciała się bawić. Od razu wiedzieliśmy, że nie pójdziemy jeszcze spać. Rozmawialiśmy na różne tematy, jednak najwięcej ich było o naszej podróży. W międzyczasie Kim powiedziała, że jutro jest organizowany festiwal polegający na rywalizacji w strojeniu ulic jednej z dzielnic. Nie mając ambitnych planów na dzień jutrzejszy, zdecydowaliśmy, że tam się wybierzemy. Po chwili czasu spojrzałem na zegarek, którego wskazówki pokazywały godzinę 4.30 rano:

– “Czas iść spać”, pomyśleliśmy, po czym dopiliśmy ostatnie piwo i położyliśmy się do łóżek. Zasnęliśmy od razu.

Dzień 2.                                                                                                                             Dzień 4.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s