Dzień 2.

Tego dnia obudził nas dźwięk alarmu ustawionego na godzinę ósmą rano. Wstaliśmy z łóżek, po czym wzięliśmy prysznic. Następnie przyszedł czas na śniadanie. Cała kuchnia i lodówka była do naszej dyspozycji. Brakowało jedynie pieczywa, po które wybrałem się z gospodarzem – Spirydonem – do pobliskiej piekarni. Mimo niedużej odległości – niecałych 200 metrów, pojechaliśmy po nie samochodem. Co prawda nie tym, którym jechaliśmy wczoraj, lecz starszym i równie szybkim. Kupiliśmy ciepłe maślane rogaliki, które idealnie komponowały się z Nutellą. Śniadanie jedliśmy na tarasie w promieniach wschodzącego słońca:

P1250080

Nasz gospodarz palił papierosy niczym smok. Ledwo skończył jednego papierosa, a już zaczynał drugiego. Potrafił wypalić kilka paczek w jeden dzień. Tego dnia nie przeszkadzało nam to w zupełności.

Po spakowaniu naszych rzeczy do plecaka, dostaliśmy od Spirydona trochę Nutelli, której z powodu braku miejsca w plecakach nie zabraliśmy. Mieliśmy jeszcze spore zapasy z Polski, które należało zjeść w pierwszej kolejności. Wzięliśmy za to woreczki jednorazówki, które być może się kiedyś przydadzą.

W końcu przyszedł czas na nas. Nie chcąc tracić dłużej dnia, który pomimo lata upływa bardzo szybko, postanowiliśmy wyruszyć w dalszą drogę. W końcu do Gibraltaru mamy jeszcze ponad 2000 kilometrów. Pomocną dłoń wyciągnął do nas po raz kolejny nasz gospodarz. Zaproponował nam podwózkę na stację benzynową przy wylotówce z Norymbergii. Zgodziliśmy się, po czym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia przy samochodzie, którym wczoraj jechaliśmy:

P1250082

BMW M3

Po ponad półgodzinnej jeździe, znajdujemy się na stacji. Dostajemy od Spirydona wizytówkę z numerem telefonu, na który w razie problemów z noclegiem w drodze powrotnej mamy dzwonić. Żegnamy się z Spirydonem, dziękując mu za gościnność, którą nas uraczył. Robimy pamiątkową fotkę:

P1250092

po której poszliśmy szukać wolnych miejsc w samochodach. Szczęśliwym trafem złożyło się, że po pięciu minutach przyjechały na stację trzy samochody na polskich numerach rejestracyjnych. Podeszliśmy nieśmiało do kierowców, pytając o drogę.

Odpowiedzieli: “Jedziemy do Francji.”

Po krótkim pytaniu o miejsce, nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź. Odtąd mieliśmy zapewnione miejsce w samochodach, którymi przejedziemy 600 kilometrów. Póki co jest to nasz najdłuższy autostop, który udało nam się złapać. Każdy z nas siedział w innym samochodzie. Agata z Mateuszem mieli klimatyzację, mi nie było dane siedzenie w chłodnym wnętrzu samochodu. Nie przejąłem się jednak tym. Podobnie jak Agata i Mateusz, byłem zadowolony, że jadę daleko od domu. Bo w końcu jedziemy na wymarzone wakacje :-)

P1250093

Jeszcze na niemieckiej autostradzie

P1250103

Krótki odpoczynek

P1250104

I już mknęliśmy przez Francję

Podczas gdy jechaliśmy przez francuską ziemię, nadszedł najwyższy czas na zastanowienie się, gdzie mamy wysiąść. Wybór padł na ostatnią stację benzynową przed Besançon – miasta, do którego jechali nasi kierowcy. Po przejechaniu znacznego dystansu przyszedł czas pożegnania. Podziękowaliśmy za podwózkę, po czym udaliśmy się w stronę skrawka cienia, który chronił nas przed palącym słońcem. Nie chcieliśmy utknąć tutaj na dłużej, więc od razu rozpoczęliśmy poszukiwania nowego kierowcy.

Tego dnia sprzyjało nam szczęście. Po 10 minutach spędzonych na stacji, mimo bariery językowej ze strony młodego kierowcy – Francuza, mieliśmy zapewnione miejsce w klimatyzowanym Jeepie, który jechał do Lyon. Droga upłynęła nam na rozmowach oraz śpiewaniu piosenki, którą słyszeliśmy pierwszy raz w życiu. Mieliśmy przy tym niezły ubaw ;-)

P1250114

Nasz kierowca

P1250111

Nasz Żyrafek

P1250116

Typowa francuska wiejska zabudowa

Oraz samochód, którym jechaliśmy

Oraz samochód, którym jechaliśmy

Po chwili odpoczynku, udaliśmy się w stronę stołu, aby zjeść obiadokolację. Kamienne ławki oraz blat były tak nagrzane, że trudno było usiedzieć w miejscu. Po półgodzinnej przerwie, udaliśmy się na łowy. Trudno było znaleźć jakąkolwiek francuską osobę mówiącą choć trochę po angielsku. Gdy już taka się znalazła, nie była skłonna nam pomóc. Co chwilę słyszeliśmy odpowiedzi: “Jadę do Lyon”, “Nie” itd. Podczas tych dwóch dni nasłuchaliśmy się tyle takich słów, że nie robiły już na nas większego wrażenia. Wręcz odwrotnie. Potęgowały motywację.

Po dwóch godzinach spędzonych na stacji, uśmiechnęło się do nas po raz kolejny szczęście. Nie dość, że kierowca rozmawiał biegle po angielsku, to na dodatek nadrobił 40 kilometrów, aby zawieźć nas za Lyon. Mimo wielkości naszych plecaków i małego samochodu, udało nam się zapakować do jego wnętrza. Ze względu na wspólne śpiewanie, mimo ogromnego ścisku, droga minęła nam szybko.

Lepiej źle jechać niż dobrze iść ;-)

Lepiej źle jechać niż dobrze iść 😉

Po godzinnej jeździe, znaleźliśmy się na południu miasta Lyon. Było ono większe, niż sądziliśmy. Nasz kierowca wysadził nas na stacji benzynowej, która mimo swojej wielkości niestety nie była uczęszczana regularnie przez kierowców. Na dodatek zapomnieliśmy w samochodzie mapy Europy. Była to mapa z elastycznego materiału, którą można było poskładać dowolnie nie łamiąc jej.

– “Trudno, jemu się też przyda.” – pomyśleliśmy, po czym wyjąłem ze swojego plecaka mapę Europy, niestety mniej poręczną.

Było już ciemno, a w okół zero terenów zielonych. Rozłożenie namiotu na tej stacji było niemożliwe. W myślach przewijał się plan nocowania na tej stacji, którego nijak dałoby się zrealizować.

Mimo późnej pory, niektóre samochody zatrzymywały się, aby zatankować paliwo. Nikt nas nie chciał zabrać, każdy jednak mówił, że za 20 kilometrów jest wielka stacja z parkingiem dla ciężarówek. Naszym celem było dotarcie za wszelką cenę na ową stację.

Szczęście uśmiechnęło się do nas tego dnia po raz czwarty. Na stację podjechał dostawczy Citroen, a w nim siedziała starsza kobieta, która zatrzymała się tutaj w celu zapalenia papierosa oraz wypicia kawy. Nie chcąc przestraszyć kobiety, podchodzę nieśmiało z pytaniem, na które znałem już odpowiedź:

– “Przepraszam, czy wie pani, gdzie jest najbliższa, większa od tej stacja benzynowa?”

– “Tak, wiem. Za 20 kilometrów”

– “A czy byłaby pani skłonna zabrać naszą trójkę tylko na te 20 kilometrów?”

– “Tak, tylko dopalę papierosa”

I po 5 minutach mieliśmy kolejną, jakże cenną podwózkę. Przejście tylu kilometrów piechotą po zmroku na autostradzie nie było by rozsądnym pomysłem. Podczas jazdy dowiedzieliśmy się, że nasza pani szofer ma przyjaciółkę artystkę – Polkę. Tą informacją staraliśmy się przeciągnąć temat najdłużej jak się dało, gdyż kobieta nie była gadatliwa.

I tak upłynęło 20 kilometrów, po których znaleźliśmy się na naprawdę dużej stacji. Położyliśmy plecaki przy wejściu, których pilnował Mateusz. Razem z Agatą udaliśmy się na parking dla ciężarówek, aby popytać kierowców o miejsce. Mimo wielu kierowców jadących na południe, nikt nie chciał zabrać trójki osób do kabiny. Każdy bał się mandatów. Po półgodzinnych poszukiwaniach wracamy z mizernym skutkiem. Naszą uwagę przykuł jednak Mateusz, który zamiast pytać napotkanych kierowców o miejsce, siedział sobie przy plecakach pijąc kawę:

– “Fajnie, my się staramy, a ty sobie siedzisz i kawę pijesz”

– “Spokojnie” – odpowiedział Mateusz.

Posiedzieliśmy razem chwilę, po czym Agata wypatrzyła sportowego Seata, prowadzonego przez młodego mężczyznę. Krótkie pytanie o podwózkę, szybkie upchnięcie naszych plecaków do auta, i już jechaliśmy w ciszy stronę morza. W ciszy, ponieważ nasz kierowca w ogóle się nie odzywał. Na zadawane przez nas pytania odpowiadał “tak” i “nie”. Mimo tego, podwiózł nas 150 kilometrów.

Po wyjściu z samochodu, Agata z Mateuszem poszli poszukać miejsca do rozbicia namiotu. Ja w międzyczasie pomagałem odpalić przypadkowym ludziom samochód “na pycha”. Udało się, po czym pojechali w nieznanym kierunku. Po chwili wraca Agata i Mateusz. Znaleźli miejsce za parkingiem dla ciężarówek. Było tam bardzo ciemno. Jedynie blask księżyca oraz blask naszych latarek stanowiły jedyne źródło światła. Rozbijamy namiot, po czym kładziemy się do środka spać. Tego szczęśliwego dnia przejechaliśmy 1000 km. A dwa dni temu byliśmy jeszcze w Polsce… ;-)

Dzień 1.                                                                                                                             Dzień 3.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s