Dzień 12.

Po krótkim spaniu przyszedł czas pobudki. Tego dnia zaczynało się to, na co wszyscy z niecierpliwością czekali – La Tomatina.

Historia Tomatiny sięga ostatniej środy sierpnia roku 1945. Miejscowa młodzież, podobnie jak większość mieszkańców, znajdowała się na głównym rynku Buñol, gdzie obecnie świętuje się Tomatinę, biorąc udział w tradycyjnej paradzie gigantes y cabezudos (popularne w wielu miejscowościach Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej parady wielkich figur przedstawiających ludzkie postaci związane z historią i mitologią). Między grupą młodzieńców, którzy także chcieli wziąć udział w paradzie, a tymi którzy brali w niej udział doszło do przepychanek. Po upadku jednego z uczestników wywiązała się wzajemna bójka znajdujących się tam osób. Los chciał, by w sąsiedztwie znajdował się sklep z warzywami, ze skrzyniami pełnymi pomidorów wystawionych na ulicę na sprzedaż. Młodzież zaczęła obrzucać się nawzajem dorodnymi pomidorami aż do chwili interwencji sił porządkowych, które zakończyły bitwę skazując odpowiedzialnych za zniszczenie warzyw na grzywnę.

Rok później, ci sami sprawcy powtórzyli utarczkę, tym razem jednak przynosząc pomidory ze swoich domów. Podobnie jak przed rokiem zostali rozdzieleni przez siły porządkowe. Powtarzając bitwę co roku stała się on zwyczajem, mimo braku oficjalnego charakteru i zgody burmistrza Buñol. Również pierwsi uczestnicy nie mieli pojęcia o zapoczątkowanej przez nich tradycji.

Na początku lat 50 zarząd miejski zabronił organizowania Tomatiny, co jednak nie powstrzymało niektórych uczestników, którzy kontynuowali zapoczątkowaną tradycję mimo licznych aresztowań. Mieszkańcy domagali się zniesienia zakazu, a ich upór doprowadził w końcu do uchylenia decyzji przez ratusz. Każdego roku przybywało coraz więcej uczestników z torbami wypełnionymi pomidorami.

W 1957 roku Tomatina została definitywnie uznana przez władze miasta i w kolejnych latach zaczęła być promowana jako część corocznych obchodów miasta.

Od 1980 roku dostawy pomidorów są zapewniane przez władze miasta, które co roku zwiększają ilość używanych do bitwy warzyw. Wraz z tym wzrostem zwiększa się także liczba uczestników, którzy ściągają do Buñol z całego świata. W sierpniu 2002 roku hiszpańskie Ministerstwo Turystyki uznało Tomatinę za święto o międzynarodowym walorze turystycznym.

Przed wyjściem na miasto, zrobiliśmy z poznanymi wczoraj Polakami wspólne zdjęcie:

P1260078

po czym udaliśmy się do centrum razem z setkami innych osób różnych narodowości po to, aby wspólnie rzucać się pomidorami. Zaczęło robić się coraz to ciaśniej. Do wąskich uliczek wchodziło coraz to więcej skąpo ubranych osób, którzy podobnie tak jak my, nie mogli doczekać się bitwy. Aby się nie zgubić, cały czas trzymaliśmy się za ręce. Niektórzy specjalnie na tą okazję przebierali się w postacie o przeróżnej tematyce. Większość osób miała założone na głowie okulary do nurkowania, aby pomidory nie drażniły oczu. Miejscowi ludzie polewali tłum wodą z balkonu. Z co poniektórych okien rozbrzmiewała muzyka grana na trąbkach, podjudzająca tłum do śpiewów. Czuliśmy się jak na stadionie, z tą różnicą, że zamiast gola, chcieliśmy pomidorów ;-)

Po godzinie przepychania się wśród szczęśliwych ludzi, w końcu doszliśmy na rynek. Aby rozpoczęcie mogło nastąpić, najpierw jeden ze śmiałków z tłumu musi wspiąć się na nasmarowany mydłem słup, na szczycie którego znajduje się hiszpańska szynka. W trakcie kolejnych prób, rozbawiony tłum śpiewa, tańczy i domaga się polewania siebie wodą przez strażaków oraz mieszkańców zgromadzonych na wyższych kondygnacjach budynków. Kiedy któremuś z ochotników uda się wspiąć po szynkę, armatni wystrzał daje znać do rozpoczęcia bitwy. Wtenczas ochroniarze przyciskają tłum do ścian, aby mogły przejechać ciężarówki wypełnione pomidorami.

I się zaczęło. Oberwaliśmy po raz pierwszy pomidorami. Z początku było ich mało, jednak po chwili zrobiło się bardzo czerwono. Pomidory latały wszędzie (zdjęcia wzięte z internetu. Nie braliśmy ze sobą aparatu, ponieważ nie przeżył by tego, co my):

Tak wygląda bitwa

Tak wygląda bitwa

Ulice zamieniają się w potoki pomidorów

Ulice zamieniają się w potoki pomidorów

Deszcz pomidorów

Deszcz pomidorów

Let’s fight!

Let’s fight!

Las rojos personas ;-)

Las rojos personas 😉

Ciężarówek z pomidorami było kilkanaście

Ciężarówek z pomidorami było kilkanaście

W pewnym momencie wziąłem Agatę na barana, aby mogła zobaczyć cały ferror walki. Z początku jej się podobało, jednak szybko stała się celem dla innych ludzi. Po paru sekundach miała dość bycia tarczą ;-) W tłumie zgubił się Mateusz wraz z Adrianem i Patrycją. Nie przejęliśmy się tym, gdyż umówiliśmy się na polu namiotowym w razie rozdzielenia. Kontynuowaliśmy walkę, przemieszczając się razem z tłumem w stronę końca ulicy. Z daleka było widać latające w powietrzu brudne ubrania, które ludzie zostawiali. Wyglądały one jak latające pszczoły. Było ich mnóstwo. Gdy dotarliśmy do końca ulicy, bitwa się skończyła, więc skierowaliśmy nasze kroki na camping. Po drodze okoliczni ludzie oraz wozy strażackie polewały ludzi wodą, aby zmyć z nich resztki pomidorów. A tak wyglądaliśmy po bitwie:

Mateusz zdąrzył się już umyć ;-)

Mateusz zdąrzył się już umyć 😉

Przed wejściem pod prysznic, obsługa polewała nas wodą aby nie zatkały się kratki pod prysznicami. Swoje w kolejce trzeba było odczekać. Po upływie 30 minut, dostaliśmy się pod prysznic. Woda leciała bardzo małym strumieniem, przelewając ją przez lejek zleciałaby o wiele szybciej. Po kąpieli złożyliśmy namiot, spakowaliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze mijaliśmy resztki ludzi wracających z bitwy, oraz zobaczyliśmy ile brudu potrafią zostawić ludzie na ulicach. Mieliśmy wrażenie, że idziemy jakąś ścieżką na wysypisku śmieci. Na szczęście, dotarliśmy na ulicę prowadzącą do Valencii. Do autostrady mieliśmy jeszcze parę kilometrów.

– “A co tam, spróbuję złapać stopa, może się uda.” – powiedziałem sobie, po czym wyciągnąłem kciuk w stronę przejeżdżającego obok samochodu. Kierowca się nie zatrzymał, ale zatrzymało się auto jadące za nim. Tym autem była taksówka :-) Mówimy, że nie mamy pieniędzy, jednak w środku siedział już pasażer – Australijczyk, który był tak pijany, że przespał moment, gdy jego koledzy pojechali wcześniej ;-)

– “Ja za was zapłacę, wskakujcie!”, po czym siedzieliśmy już w taksówce. Nie była to tania przyjemność, gdyż kurs kosztował 70 euro, które w całości pokrył nasz kolega. Prosiliśmy, aby wysadzili nas na drodze w kierunku Barcelony, po czym przez dwie godziny staraliśmy się złapać cokolwiek jadącego na północ. Bezskutecznie. Poszliśmy w międzyczasie do sklepu kupić wodę oraz jedzenie. Przypadkowy przechodzień powiedział nam, że dalej jest lepsza miejscówka do łapania stopa. Posłuchaliśmy jego rad i udaliśmy się na wspomniane przez niego miejsce.

Miał rację. Po 15 minutach zatrzymał się młody chłopak, oferujący swoją podwózkę na jakieś 25 km. Powiedział nam również, że jeśli tam nic nie będzie, to może się z nami wrócić. Skorzystaliśmy z jego opcji, po czym wysiedliśmy na stacji benzynowej przy mało uczęszczanej drodze z nadzieją, że ktoś się w końcu zatrzyma. Po paru minutach zatrzymali się dwaj murzyni, jednak nie byli skłonni nam pomóc. Po murzynach zatrzymał się duży Land Rover, prowadzony przez osobę w podeszłym wieku. Tym razem mieliśmy szczęście. Jechaliśmy drogą wzdłuż wybrzeża przez około 200 km. Mimo braku znajomości języka, dogadaliśmy się z kierowcą na migi. Poprosiliśmy, aby wjechał na autostradę i wysadził na stacji. Tak też zrobił, po czym odpoczął chwilę i pojechał.

Po kolacji, poszliśmy na parking dla ciężarówek, na którym stały 3 ciężarówki z Polski:

– “Wracacie do kraju?” – zapytaliśmy.

– “Tak, ale dopiero jutro rano.” – odpowiedzieli.

Okazało się, że jeden z kierowców zostaje tutaj do jutrzejszego wieczora, a pozostała dwójka jedzie jutro rano. Dwójka ta nie chciała zabrać nas trzech do dwóch kabin, które są dwuosobowe.

W tym momencie mieliśmy dylemat. Zdecydowaliśmy, że Mateusz pojedzie jedną ciężarówką, Agata drugą, a ja coś znajdę. Było już późno, więc rozbiliśmy namiot obok samochodów ciężarowych, po czym poszliśmy spać. We włosach i uszach mieliśmy resztki pomidorów ;-)

Dzień 11.                                                                                                                           Dzień 13.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s