Dzień 11.

Poranek tego dnia należał do jednych z lepszych podczas tego wyjazdu. Agata obudziła mnie wcześnie rano, abym zobaczył wschód słońca. Otworzyłem oczy, zobaczyłem słońce, po czym obróciłem się na bok i usnąłem. Dopiero po dwóch godzinach zostaliśmy obudzeni przez policjantów, którzy najwyraźniej troszczyli się o nas podczas gdy spaliśmy. Swoją drogą nieźle musieliśmy wyglądać w śpiworach wśród ludzi, którzy przybyli na plażę spędzić dzień.

Jako że spaliśmy pod barem, policjanci kazali przenieść się nam kawałek dalej, gdyż za jakiś czas bar był otwierany.

“Super, napijemy się piwa od razu!” – powiedział Mateusz

“Nie nie nie, wy pójdziecie tam.” – powiedzieli policjanci, po czym wskazali palcem miejsce dla nas odpowiednie.

Wstaliśmy, po czym dla świętego spokoju przenieśliśmy nasze rzeczy kawałek dalej:

Poranek na plaży w Valencii

Poranek na plaży w Valencii

Dzień upłynął nam bardzo bardzo szybko. Poznaliśmy grupę Australijczyków, którzy zrobili sobie rok przerwy w nauce, aby podróżować po świecie. Gdy tylko dowiedzieli się, że jesteśmy autostopowiczami, od razu postawili nam po piwie, na które nie mogliśmy sobie pozwolić z powodu ceny – 2 euro za małą puszkę. Następnie zagraliśmy wszyscy razem w rugby – narodowy sport Australijczyków. Pierwszy raz mieliśmy kontakt z prawdziwą piłką do rugby. Do zabawy przyłączyły się także małe dzieci, które miały ochotę porzucać się trochę z nami. Po tych zabawach, przyszedł czas na obiad. Ugotowaliśmy wodę, do której wsypaliśmy jedne z ostatnich zupek chińskich, które wzięliśmy z Polski:

Głodny człowiek to zły człowiek ;-)

Głodny człowiek to zły człowiek 😉

Po obiedzie spędziliśmy popołudnie odpoczywając przed tym, co nas czeka tego wieczoru. W planach mieliśmy się dostać do miasta Buñol, w którym jest organizowana La Tomatina. Australijczycy proponowali nam, abyśmy poszli z nimi na imprezę, a dnia następnego jechali z nimi. Odmówiliśmy z powodu braku pieniędzy. Nas niestety nie było stać na rozrywki, które mogli zapewnić sobie Australijczycy.

Po całym dniu spędzonym na słońcu bez skrawka cienia, nasze ciała były czerwone. Nawet filtry z wysokim faktorem okazały się mało skuteczne.

Zdecydowaliśmy się powoli pakować nasze rzeczy, aby móc dostać się do centrum Valencii w poszukiwaniu transportu do odległego o 40 km Buñol. Po drodze musieliśmy uzupełnić nasze zapasy jedzenia w sklepie, oraz kupiliśmy zgrzewkę wody. Było tak ciepło, że wystarczała ona na kilka godzin. Wracając do centrum, zrobiliśmy przerwę na kolację, którą zjedliśmy w parku pod drzewem:

Po całym dniu spędzonym na gorącym piasku chodzenie po chłodnej trawie sprawiało przyjemność

Po całym dniu spędzonym na gorącym piasku chodzenie po chłodnej trawie sprawiało przyjemność

Żyrafek też musiał odpocząć ;-)

Żyrafek też musiał odpocząć 😉

Valencia

Valencia

Po chwili ruszyliśmy dalej. Z powodu, że dzień dobiegał końca, a do przejścia na drugą stronę miasta potrzeba dużo czasu, zdecydowaliśmy że pojedziemy pociągiem.

Na dworcu naszą uwagę przykuły nalepione na ziemię znaczki pomidorów, symbolizujące dojście na peron, z którego odjeżdżał pociąg do Buñol. Kierując się tymi znaczkami, po 5 minutach byliśmy już na dworcu i od razu wsiedliśmy w pociąg. Udało nam się zająć miejsce zaraz za kabiną maszynisty, więc mogliśmy wyprostować nasze nogi. Gdy tylko usiedliśmy, otworzyliśmy kupione wcześniej piwo. Po chwili dosiedli się do nas Japończycy, z którymi spędziliśmy całą drogę w pociągu:

Japończycy. Byli w wieku około 30 lat ;-)

Japończycy. Byli w wieku około 30 lat 😉

Widząc, że pijemy piwo, dali nam na zagryzkę jakieś japońskie “przysmaki”, które nie były dobre. Jedne z nich wyglądały jak suszone rybki z akwarium. Sprawialiśmy wrażenie, że smakują nam całkiem dobrze ;-)

Dobra mina do złej gry ;-)

Dobra mina do złej gry 😉

Po niecałej godzinie byliśmy już w Buñol. Podążaliśmy za masą ludzi w stronę centrum z nadzieją, że znajdziemy jakieś miejsce dobre do zostawienia naszych plecaków. Po drodze mijaliśmy specjalnie do tego celu otwierane przechowalnie bagażów, za które nie chcieliśmy płacić.

Tej nocy mieliśmy w planach nie spać, tylko się bawić. Zmęczenie jednak zrobiło swoje, gdy po usłyszeniu słowa “camping” skierowaliśmy nasze kroki właśnie tam. Po drodze mijaliśmy pijanych i wesołych ludzi, cieszących się, że jutro zaczyna się słynna wielka bitwa. Całe miasto świętowało. A my szliśmy pod górę z naszymi ciężkimi plecakami. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że trzeba mieć wcześniej zarezerwowane miejsce. Mieliśmy jednak dużo szczęścia, gdyż właśnie wtedy w karcie była luka, w którą zostaliśmy wpisani :-)

Pan z obsługi pokazał nam pole oraz miejsce, gdzie mieliśmy spać. Mateusz powiedział, że lepiej byłoby gdy będziemy spać na równym podłożu. Dostaliśmy od obsługi wolny wybór. Skierowaliśmy nasze kroki w górę pola, mając nadzieję, że znajdziemy coś równego.

Mateusz: “Patrzcie, namiot Polaków!”

Okazało się, że na polu był jeden namiot, na którym była polska flaga. Zdecydowaliśmy rozbić się obok niego, mając nadzieję na szybki powrót nowych sąsiadów. Mieliśmy w planach tej nocy wyjść na miasto, aby poczuć ten “klimat”.

– “Później ich poznamy, teraz idziemy” – powiedziała Agata, po czym udaliśmy się do miasta. Po drodze mijaliśmy setki osób. Będąc coraz bliżej centrum uliczki zaczęły robić się coraz to węższe, na których było coraz to więcej ludzi i sklepów. Co krok można było potańczyć, posłuchać muzyki na żywo, napić się czegoś, kupić jakieś pamiątki. Spotkaliśmy jednego mima, który za pocałunek w lico dawał słomiany kapelusz:

Mateusz: “A co tam, chcę mieć taki!”

Ja: “Ja też!”

I od tamtej chwili mieliśmy kapelusze, które chroniły nasze głowy przed słońcem. Następnie spróbowaliśmy swoich sił w ujeżdżaniu byków na karuzeli. Nie było to łatwe zadanie, gdyż operator co chwilę zmieniał poziom trudności. Po dwóch godzinach przepychania się pośród tysięcy ludzi, zdecydowaliśmy się wrócić do namiotu z nadzieją, że w końcu poznamy naszych sąsiadów. Nie myliliśmy się – czekali na nas na miejscu :-) Adrian i Patrycja byli Polakami, którzy przez miesiąc włóczyli się po Europie, aby swoją przygodę zakończyć właśnie tutaj, na La Tomatinie. Wypiliśmy wspólnie z innymi ludźmi piwo, co poniektórzy oferowali nam shishę, po czym poszliśmy spać. A zasnąć było naprawdę trudno – było bardzo gorąco. Tutaj niestety nie było chłodnego wiatru od morza.

Dzień 10.                                                                                                                           Dzień 12.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s