Dzień 10.

Tego dnia wstaliśmy wcześniej aby spakować plecaki oraz móc w miarę wcześnie wyjechać. Nie wiedzieliśmy, ile czasu zajmie nam droga powrotna, gdyż w stronę Malagi złapaliśmy stopa praktycznie z pod samej Valencii i jechaliśmy nim 7 godzin. Trzeba było być przygotowanym na każdą sytuację – od kilkugodzinnego oczekiwania na stacji, poprzez prażenie się na słońcu z kartką,  po pustkowia, którymi jechaliśmy parę dni temu.

Zjedliśmy ostatnie śniadanie w “ludzkich” warunkach. Gdy już przyszedł czas odjazdu, trudno było się pożegnać z Chrisem, Leonem oraz Dexterem. Spędziliśmy razem raptem 4 dni, podczas których przeżyliśmy niesamowitą przygodę. Dla niektórych to tak wiele, a dla nas mniej niż mogło by się wydawać. Czas ten zleciał niesamowicie szybko.

“Wkrótce się spotkamy, powodzenia i dzięki!” – powiedział Leon, po czym wysadził nas na stacji przy autostradzie. Odtąd zostaliśmy znowu w trójkę. Mina Mateusza dużo mówiła w tym momencie:

Zmęczony i spalony

Zmęczony i spalony

“No nic, wracamy z powrotem” – powiedzieliśmy sobie, po czym udaliśmy się w kierunku wejścia do kas. Położyliśmy plecaki w miejscu, w którym były dla nas widoczne, po czym poszliśmy szukać kogoś, kto mógłby nas zabrać. W międzyczasie spotkaliśmy dwie starsze panie, które chciały dojechać autostopem do Granady. Nie szło nam to dobrze, gdyż dopiero po niecałych dwóch godzinach spotkaliśmy pierwszego kierowcę, jak się później okazało Irakijczyka, który zgodziłby się nas zabrać. Jechał samemu dużym samochodem z Maroka do Niemiec. Skorzystaliśmy więc z jego pomocy. Zaoferował również, że jeśli mamy tylko ochotę, możemy dojechać z nim do Niemiec.

“Kuszące, ale my chcielibyśmy tylko do Valencii” – oznajmiliśmy kierowcy, po czym usiedliśmy w wygodnych fotelach, w których siedzieliśmy przez 8 godzin, robiąc sobie w międzyczasie godzinną drzemkę w palącym słońcu. Podczas snu moja prawa ręka była wystawiona przez okno. Efekt był taki, że po godzinie była ona bardziej czerwona niż koszulka naszego kierowcy.

“Trochę popiecze i przestanie” – pomyślałem sobie, po czym wypoczęty zacząłem robić zdjęcia:

Hello ;-)

Hello 😉

Takie krzaki były rzadkością

Takie krzaki były rzadkością

Góra w paśmie Sierra Nevada

Góra w paśmie Sierra Nevada

Żyrafek & przyjeciele

Żyrafek & przyjaciele

Autostrada A-91

Autostrada A-91

Zatłoczone drogi w godzinach szczytu

Zatłoczone drogi w godzinach szczytu

Droga do Valencii upłynęła nam na zabawach w kalambury oraz rozmowach z kierowcą. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na stacji, aby coś zjeść i zatankować auto. Później jechaliśmy bez przerwy do naszego celu. Gdy znaleźliśmy się na przedmieściach Valencii, zaczęło robić się ciemno. Liczne rozjazdy autostradowe nie dawały nam cienia szans na złapanie kogokolwiek, więc poprosiliśmy kierowcę, aby wysadził nas na najbliższej stacji. Tak też uczynił. Znaleźliśmy się w prawdzie na stacji, ale za to mało uczęszczanej przez kierowców. Pan z obsługi powiedział nam, że niedawno próbowała tutaj łapać para młodych ludzi, jednak z mizernym skutkiem. Zostali tutaj na dwa dni. My jednak nie dopuściliśmy takiej myśli do naszych głów. W międzyczasie podjechał mały samochód, w którym jak się nam wydawało, siedziała matka z córką. Spróbowałem zagadać do córki, która mimo młodego wyglądu była starsza od nas i razem z przyjaciółką wynajęła samochód, którym zwiedzały Valencię. Nie chcąc wystraszyć z pozoru młodej dziewczyny, podchodzę nieśmiało do samochodu i pytam:

“Przepraszam, jedziecie może do centrum?”

Odpowiedź: “Tak, jedziemy.”

Ja: “A czy możecie nas podrzucić? Tylko że my mamy duże plecaki.”

Odpowiedź: “Jak koleżanka się zgodzi, to czemu nie, tylko musielibyście się zmieścić.”

My: “Damy radę.”

I po chwili siedzieliśmy w małym samochodzie, który błądził po obwodnicy miasta. Dziewczyny były tak szalone, że pomimo ogromnego ruchu na autostradzie, postanowiły zatrzymać się na rozjeździe po to, aby sprawdzić drogę. Przejeżdżające obok samochody co chwilę na nas trąbiły, wzbudzając w nas uczucie strachu przed wypadkiem ;-) Poczekaliśmy do momentu, aż nawigacja znajdzie ponownie sygnał, po czym ruszyliśmy w drogę, tym razem już do centrum. Wysiedliśmy w samochodu, po czym od razu udaliśmy się w kierunku morza. Zdecydowaliśmy się na nocleg na plaży z powodu braku odpowiedzi na wysłane prośby przez Couch Surfing parę dni temu. Skierowaliśmy się więc w stronę starego miasta, którego koniec zdawał się być blisko plaży. Z uwagi na brak konkretnego posiłku w ciągu dnia, postanowiliśmy kupić po drodze kebaby oraz piwo, po czym udaliśmy się na rynek, robiąc po drodze zdjęcia:

Brama wejściowa do starego miasta

Brama wejściowa do starego miasta

Rynek

Rynek

Na rynku postanowiliśmy odpocząć trochę przy okazji jedząc kupione wcześniej kebaby. Mimo późnej pory życie tętniło niczym za dnia. Dało się zaobserwować różnorodny przekrój cech ludzkich, począwszy od koloru skóry, poprzez wiek, na nielegalnych handlowcach kończąc. W międzyczasie dosiadła się do nas para młodych ludzi, którzy zafascynowani naszą podróżą, postanowili o niej porozmawiać. Nie ukrywaliśmy swojego zmęczenia mając nadzieję, że może to oni nas przenocują u siebie. Na nic zdały się rozmowy o poszukiwaniu noclegu poprzez Couch Surfing. Kupiliśmy więc po piwie, uzupełniliśmy wodę  i poszliśmy w stronę plaży. Po drodze minęliśmy nową część miasta, Ciutat de les Arts i les Ciències, która cieszyła nasze oczy:

Zdjęcie wzięte z internetu, gdyż nie posiadamy ostrych i wyraźnych

Zdjęcie wzięte z internetu, gdyż nie posiadamy ostrych i wyraźnych

Droga, którą szliśmy, okazała się dłuższa niż przypuszczaliśmy. Mateusza zaczęły boleć plecy. Postanowiliśmy zamienić się plecakami, po czym ruszyliśmy dalej. Była godzina 2 w nocy, a my wciąż błądziliśmy uliczkami znanymi tylko miejscowej hołocie. Tym bardziej zależało nam na jak najszybszym dojściu na plażę. Po 15 minutach marszu znajdujemy się na deptaku prowadzącym wzdłuż linii brzegowej.

Postanowiliśmy wykopać w piasku duży dół, w którym zakopalibyśmy nasze plecaki w obawie przed złodziejami. Piasek był jednak zbity jak skała, więc z naszych plecaków zrobiliśmy poduszki. Agata skorzystała jeszcze z kąpieli w ciepłym morzu, my już nie mieliśmy ochoty. Gdy leżeliśmy wygodnie, dostrzegliśmy pickupa, z którego widać było blask latarek skierowany w nasze twarze. Okazało się, że to policyjny radiowóz:

“Fajnie, mandat murowany” – pomyślałem z Agatą.

“Spokojnie” – powiedział Mateusz.

Mija kilka sekund, a radiowóz zatrzymuje się koło nas zawiniętych już w śpiwory:

“Co tutaj robicie?” – pytają policjanci.

“Czekamy na wschód słońca” – powiedział Mateusz

“Ta, jasne, jest przed trzecią, do wschodu jeszcze zaśniecie. Możecie tu spać, tylko uważajcie na rabusiów” – odpowiedzieli, po czym obróciliśmy się na bok i usnęliśmy. Spaliśmy tego dnia na plaży. Plaży, która była naszym domem.

Dzień 9.                                                                                                                             Dzień 11.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s