Dzień 1.

I się zaczęło. Pobudka o godzinie 6 rano. Podczas gdy jedliśmy śniadanie, dołączyła do nas w końcu Agata. Nie mogąc się doczekać trzymania kartonu z wielkim napisem “España“, zaczęła nas poganiać. Dokończyliśmy szybko nasze śniadanie, po czym przyjechał po nas nasz kolega Piotrek, który podwiózł nas na parking przy bramkach autostradowych. Pamiątkowe fotki i ruszamy w drogę.

P1250040

Od teraz tylko i wyłącznie autostop

Przy bramkach czekaliśmy około 15 minut. Nagle zatrzymała się koło nas sympatyczna, młoda dziewczyna, która jechała jednak w przeciwnym kierunku na Katowice. Krótka decyzja – a co tam, wsiadamy. W międzyczasie Agata przypomniała sobie, że niedaleko znajduje się stacja benzynowa, z której bardzo dobrze łapie się stopa na zachód. Nie myliła się. Po 20 minutach spędzonych na stacji, Mateusz idzie w naszą stronę z uśmiechem.

“Złapałem do Opola” – powiedział (i w sumie na tym kończą się poczynania Mateusza w łapaniu stopa, gdyż złapał tylko tego jedynego podczas całej wyprawy).

Naszym kierowcą był młody chłopak, który jechał na imprezę do Opola. Droga minęła szybko. Miał on zamiar zjechać z autostrady innym zjazdem, jednak Mateusz powiedział mu, że dalej też jest zjazd i po drodze parking. Byliśmy zaskoczeni stanowczością Mateusza. Wyszło nam to jednak na dobre. Na parkingu, na którym wysiedliśmy, nie czekaliśmy nawet minuty. Podeszliśmy do pewnej pary, która jak się okazało jechała do Wrocławia. Mimo dużych plecaków, bez problemu zmieściliśmy się do Lexusa. Szybko złapaliśmy z nimi temat – podróże. Nasi nowi znajomi – Iwona i Jarek – są również podróżnikami, którzy podróżują autostopem. Iwona dała nam swój numer, abyśmy napisali jej pozdrowienia z Gibraltaru. I tak zleciała droga do Wrocławia. We Wrocławiu na stacji benzynowej, jak to w wakacje bywa, byli też inni autostopowicze.

P1250047

Kolejka do łapania stopa

Swoje w kolejce trzeba było odczekać. Po 2 godzinach, w końcu przyszła kolej na nas. Unosimy kartkę z znaczkiem “D”, czekamy chwilę, zatrzymuje się młody kierowca, który oferuje podwózkę taką, że znajdziemy się 50 km od przejścia granicznego z Niemcami. Zgodziliśmy się, popełniając przy tym błąd – zjechaliśmy z autostrady. Nasz kierowca palił papierosy oraz słuchał hip-hopu. I tak jechaliśmy aż do Jeleniej Góry. Po wyjściu z auta byliśmy szczęśliwi z dwóch powodów – w końcu nie ma zapachu palonych papierosów oraz jego muzyki. No nic, było, minęło. Czas na obiad.

P1250051

Dalsze planowanie drogi + chleb z kotletem 🙂

Po krótkim odpoczynku, ponownie wyszliśmy na drogę. Ruch nie był jednak duży. Czekaliśmy chwilę, i wziął nas z pobocza mężczyzna, który jechał starym, robotniczym samochodem. Powiedział, że podrzuci nas jakieś 15 km. W końcu dobre i to. Jak się okazało, też jeździł w młodości autostopem. Mateusz zapalił z nim papierosa, po czym wysadził nas na poboczu przy sklepie. Upał dawał się ostro we znaki, więc postanowiliśmy kupić sobie po piwie. Smakowało idealnie. Podczas gdy dopijaliśmy ostatnie łyki piwa, zatrzymało się koło nas sportowe audi. Szybko dopiliśmy piwo, po czym znaleźliśmy się w samochodzie. Nasz kierowca pracował jako ujeżdżacz koni. Dziwił nas tylko fakt, po co jest mu wielka strzelba w bagażniku. Tego nie udało nam się dowiedzieć. Po kilkunastu przejechanych kilometrach nasz kierowca powiedział nam, że wysadzi nas na drodze wylotowej w kierunku Bolesławca. Bylibyśmy ucieszeni, gdyby tą drogą jeździło dużo samochodów, a tymczasem mija 5 minut i nic nie jedzie. Wioska zabita deskami. Chciał dla nas dobrze, jednak nie wyszło jak miało wyjść. Na dodatek mówiono nam w każdej miejscowości, przez którą przejeżdżaliśmy, że jesteśmy już tylko 50 km od przejścia granicznego.

Do autostrady jeszcze daleko

W międzyczasie staraliśmy się zatrzymywać okoliczne samochody, prosząc o podwózkę na drugi koniec miasta. Po paru minutach, Agata zatrzymała pszczelarzy, którzy podwieźli nas na drugi koniec miasta. Było już popołudnie, a my wciąż błądziliśmy między okolicznymi wioskami. Widoki samych pól napawały nas jednak optymizmem. I nasz optymizm powiększył się na widok czarnego audi, które zatrzymało się aby nas podrzucić dalej. W końcu będziemy już na drodze krajowej, lepsze to niż drogi wojewódzkie – pomyśleliśmy. Nasz kierowca – z zamiłowania kolarz górski – wracał właśnie z zawodów. Zajął 3 miejsce, z którego był bardzo zadowolony. Droga minęła nam szybko, podobnie jak złapanie następnego stopa. Czekając na następną podwózkę, słyszymy nagle pisk opon. Zatrzymuje się młody kierowca, który nie był do końca zdecydowany aby nas zabrać. Nacisnął jednak mocno na hamulec, czego nie żałował. Bo nam pomógł :-) I tym oto sposobem, znaleźliśmy się już niedaleko granicy.

Do granicy już blisko

Do granicy już blisko

Na stacji uzupełniliśmy zapasy wody, po czym wyszliśmy ponownie na drogę. Po około godzinie wziął nas chłopak, który jadąc w przeciwnym kierunku, widział nas jak stoimy i próbujemy szczęścia. Powiedział nam, że podwiezie nas kawałek. Jak się później okazało, nadrobił troszkę drogi specjalnie dla nas. Naszym oczom ukazała się w końcu autostrada, na którą wjazd był jeszcze daleko przed nami. W pełni zmotywowani, zagadujemy gościa w BMW. Powiedział nam, że jest pijany i nas nie podwiezie, bo boi się policji. Krótka wymiana zdań i już siedzieliśmy w jego samochodzie. Zawiózł nas na upragniony wjazd. W myślach pojawiła się myśl pierwszego noclegu w Polsce. Słońce chyliło się już ku zachodzie, a my staliśmy na wjeździe, na który nikt nie wjeżdżał. Naszym oczom ukazała się jednak malutka Skoda, którą jechała skąpo ubrana para, wracająca z nad wody. Szybkie wystawienie kartki, pytanie o kierunek, i po 15 kilometrach znaleźliśmy się w końcu na ostatniej stacji benzynowej w Polsce. Z punktu widzenia autostopowicza, było tam jak w raju. Dużo samochodów jadących na zachód, w tym jeden na hiszpańskich tablicach. Nasza prośba o podwózkę szybko została rozwiana po tym, jak kierowca wskazał palcem na dwóch swoich kolegów. Ich było trzech, nas było trzech. A samochód pięcioosobowy. No nic, szukaliśmy dalej.

Ludzie napotkani na stacji pukali nam w czoło słysząc to zdanie – “jedziemy autostopem na Gibraltar.”

“Ale to my przeżyjemy coś, o czym Wy nawet nigdy nie śniliście.” – pomyśleliśmy.

Poszliśmy spróbować szczęścia na parking dla ciężarówek. Widzieliśmy ich bardzo dużo, w tym dwie ze Słowacji. Kierowcy z początku nie chcieli nas zabrać, jednak Agata ma siłę perswazji i po paru minutach widzieliśmy zachód słońca z kabiny ciężarówki.

Zachód słońca jeszcze w Polsce

Nasi kierowcy wieźli stal do północnych Niemiec. Nie było nam jednak po drodze, więc zdecydowaliśmy, że wysiądziemy na stacji pod Dreznem. Była już noc. Podchodząc do kilku samochodów, cały czas słyszeliśmy te samo zdanie – jedziemy na północ. No nic, ktoś na pewno pojedzie na południe – pomyśleliśmy. Po paru minutach zobaczyliśmy parę autostopowiczów – Polaków – jadących z Pragi do Amsterdamu. Opowiedzieli nam o swoich planach podróży oraz o sposobie, na który łapią. Łapali tylko poprzez stanie na poboczu i pokazywanie kartki. Powiedzieli również, że nie idzie im dzisiaj dobrze. Przypomnieliśmy sobie o jednym samochodzie, który miał jechać na północ. Podsunęliśmy pomysł nowo poznanym ludziom, aby podeszli i zapytali o podwózkę. Mieli trochę obaw, ale przekonali się i spróbowali zapytać. I co? Mieli już zapewnione miejsce w samochodzie do granicy niemiecko – holenderskiej. Kto pyta nie błądzi ;-) Przyszła kolej i na nas. W końcu jeden z pytanych kierowców powiedział, że jedzie do Chemitz, i nas zabierze. Szybko dokończyliśmy kolację, po czym rzuciliśmy plecaki na tył dużego dostawczaka, i jechaliśmy już na południe. Nasz kierowca był grekiem, który wraz ze swoim kolegą – bułgarem – wracali z pracy do domu. Po godzinie byliśmy już w Chemitz. Żegnając się z kierowcami, zapomnieliśmy zabrać z samochodu karton z napisem ”España“. Nawet bez niego damy sobie radę – pomyśleliśmy. Siedząc na krawężniku patrzeliśmy na podjeżdżające samochody. Była już godzina 23, więc powoli zaczęliśmy myśleć o rozbiciu namiotu gdzieś w pobliżu. Nagle podjeżdża sportowe BMW zatankować paliwo.

“Ale fajnie byłoby pojechać takim” – powiedział Mateusz.

“Agata, idź zapytaj” – powiedziałem.

Podczas gdy Agata pytała kierowcę o podwózkę, my mieliśmy coraz to większą nadzieję na jazdę naprawdę szybkim samochodem. Po negocjacjach Agaty dowiedzieliśmy się, że gość zaraz tutaj podjedzie i zrobi próbę. Jak się zmieścimy, to pojedziemy, jak nie to nie. Nasze obawy dodatkowo potęgował pełny bagażnik. Kierowca zaczął nam rozkazywać niczym dyktator – idź wyrzuć to, plecak daj tam, siadaj. Po 10 minutach siedzieliśmy szczęśliwi w samochodzie, który mogliśmy oglądać dotychczas zza szyb salonów. Jeszcze jedno zdanie – “Nie bójcie się, mam licencję kierowcy rajdowego i pracuję jako tester samochodów BMW”, i już mknęliśmy 300 km/h po niemieckiej autostradzie. Ta jazda na długo zapadnie w naszej pamięci. Ryk silnika V8, potężne przyspieszenie, linie na drodze uciekające jak gwiazdy w Star Wars. Tego się nie zapomni :-) I tak trasę z Chemnitz do Norymbergi pokonaliśmy w nieco ponad godzinę. Dojeżdżając do Norymbergi, kierowca zapytał nas gdzie chcemy spać. Powiedzieliśmy, że mamy namiot i wystarczy nam kawałek trawy na stacji benzynowej. Sam od siebie zaproponował nam, abyśmy spali u niego w domu. Takiej propozycji nie mogliśmy odmówić po dniu pełnym wrażeń. Bo w końcu dziś rano wyruszyliśmy z Polski, a już jesteśmy w środkowych Niemczech. Jest godzina 2 w nocy. Dopijamy ostatnią butelkę coca coli i kładziemy się spać.

Przed wyjazdem                                                                                                          Dzień 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s